Forma.

Po dniach wilgotnych i zimnych doszły upały. I tak źle i tak jeszcze gorzej:). Ale przynajmniej mam nadzieję, że ruszą mi pelargonie bo w tym roku bida, aż piszczy. Już czerwiec, a z doniczek wygląda mało co:). Za to ziółka od mamy pięknie mi się przyjęły. Lawenda przesadzona też nie padła, a wczoraj w końcu i trawy znalazły sobie swój wymuskany przez Pięknego dom. Od paru dni, jak to słońce tak nas rozpieszcza, jemy śniadanie na tarasie. W tym roku doprawdy docenię ten nasz taras tak jak na to zasługuje;). Wszystko się zieleni i rośnie w górę, co cieszy moje oko i nie tylko;)). Nadal Pięknego dietujemy. Ja jestem za leniwa na diety i inne takie przypadłości:). Zobaczymy jakie będą wyniki badań kontrolnych. Mam nadzieję, że dużo czasu upłynie zanim znowu tak mnie nastraszy.

W powietrzu czuć już wakacje:)), a ja nadal z formą zimową:)))

Ciągle pada.

Zeszłoroczny maj pamiętam, że był słoneczny, a to dzięki teściom, którzy maj spędzali w sanatorium i bardzo sobie chwalili. Tegoroczny na pewno nie cierpi na nadmiar słońca. Pogoda być może oddaje wiele z nastrojów ludzi, kto wie;)). W sumie nie pogardziłabym słońcem, szczególnie, że twarz wróciła do mojego naturalnego koloru i nawet uśmiechanie się nie sprawia mi trudności, ani bólu, więc nie jest źle;). Moje kwiatki, koperek, pomidorki itp. też zapewne byłyby wdzięczne za większą ilość promieniowania. A ja powoli, powoli ogarniam wszystko i siebie przy okazji też. Brat polecił program fitatu-i bawi mnie trochę nawet wpisywanie całego menu patrzenie na podsumowanie tych wszystkich witamin, minerałów, tłuszczy itd. Chociażbym nie wiem jak się starała, zawsze wyjdzie czegoś brak, a pestycydów nikt nie wpisał i nikt mi nie liczy, czy też innych dobroci jak plastik, czy metale ciężkie. Ciężko lekko żyć;). Szczególnie w sytuacji gdzie w przeciągu roku przeciętnie zjadamy około 1,5-2 kg plastiku np.:). To zapewne ten plastik odłożył mi się w miejscu gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę;) to by wiele tłumaczyło. Ale dieta zobowiązuje, więc staram się dla Pięknego wymyślać i kombinować jak tylko mogę i jak tylko mnie stać. Przy okazji i nam nie zaszkodzi;)

Kąpiel słoneczna i inne przyjemności.

Week spędziliśmy w dużej części u mojego brata. Obchodził urodziny, to też i my nawiedziliśmy go. Niespodziewana niespodzianka też miała miejsce. W tzw. zaględzinach zostałam poproszona o bycie matką chrzestną. Tzn. poproszona to za wiele napisane, jak tylko bowiem padła zapowiedź „a właśnie, mamy do Ciebie pytanie”, od razu im przerwałam i powiedziałam TAK:)). Nie dałam im szansy zmienić zdania. To bardzo miła niespodzianka, wszak kuzyn był obrażony na mnie od lat. Widać przeszło mu, albo skończyły mu się kandydatki na matki chrzestne. W każdym razie ja się cieszę okrutnie. Pogoda dopisała też okrutnie. Przekonałam się o tym na własnej skórze i na własne uszy, kiedy to Mały Książę wrociwszy z placu zabaw zobaczywszy mnie ogłosił wszem i wobec, że wyglądam jak świnka;). Wyjątkowo powiedział prawdę, nadal jestem czerwono-różowa, nadal większość dnia spędzam z okładem na twarzy, ale jeszcze nie wróciła do naturalnego kolorytu:). Poszliśmy wszyscy też na spacer w pola i nazrywalam jaskółczego ziela, ale oczywiście moja pamięć pozwoliła mi o nim zapomnieć. Miałam okrutną ochotę nazrywać też czarnego bzu, ale zaledwie zaczął kwitnąć. Może bratowa zrobi mi tą uprzejmość i przechowa dla mnie, odbiorę sobie przy następnej okazji, która może mieć miejsce w czerwcu. Tymczasem idę wypić kawę i nałożyć na twarz smarowidła, które, miejmy nadzieję, doprowadzą mnie do normalnego wyglądu;)

Cholercia.

Po niezaplanowanym pobycie Pięknego w szpitalu molestują mnie myśli o śmierci, przewlekłym leczeniu, niewyleczalnej chorobie itp. Nie są to myśli pocieszne. Doszłam do wniosku, że na takie zdarzenia, a już na pewno na zdarzenie ostateczne i śmierć bliskich osób, rodziny-człowiek, a w domyślę szczególnie ja sama, nigdy nie będę gotowa. Niby zdaje sobie sprawę i wiem doskonale, że jesteśmy śmiertelni, że wypadki chodzą po ludziach- i niby jestem na to gotowa. Ale kiedy przyszło mi się zmierzyć z nagłym, niezaplanowanym pobytem Pięknego w szpitalu- to przeżyłam „mały” stresik. Stresik już odpuścił, ale widzę po sobie ile taki mały stresik może namieszać w życiu, poczuciu, czy też zdrowiu. Doszłam też do wniosku, że najbardziej jestem pogodzona ze swoją śmiercią, bo też i wpływu na nią nie mam wielkiego, a jak już to w gąszczu innych czynników, mój wpływ ginie pod naporem innych niezależnych ode mnie. Jestem i mnie nie ma, a żyć muszą inni i jakoś sobie z tym faktem poradzić. Gdy mnie już nie będzie na tym nędznym łez padole, inni zostaną zmuszeni do zmierzenia się ze swoją własną śmiertelnością. I jest to swojego rodzaju sprawdzian, który prędzej, czy później każdy z nas musi przejść. Ja już kilka na swoim koncie mam takich sprawdzianów, a jeszcze więcej przede mną, o ile pożyję wystarczająco długo.

Pszczoły.

Z racji pobytu Pięknego w szpitalu wszystkie moje plany i prace mniejsze i większe poszły w odstawkę na jakiś czas. Dopiero od dwóch dni nadrabiam zaległości i w końcu mogę się cieszyć z przeskoczenia Zimnej Zośki. Prawie wszystko mam zasadzone i czekam teraz w najlepsze by zbierać plony i cieszyć się pięknym kwiatem. Jeszcze tylko Piękny musi mi doniczkę sklecić na trawy. Dzisiaj korzystając ze słońca w godzinach porannych wpadłam na taras i przecierałam nasze fotele. Przeleciała mi koło ucha pszczoła i przyciągnęła moje oko. Obserwując jej drogę z niemałym zaskoczeniem zobaczyłam, że włazi w okno do pokoju Małego Księcia przez otwór odwadniający. Jeden z tych otworów w czasie remontu został pozbawiony maskowania i jakoś szczególnie mi to nie przeszkadzało, chyba, że wzrok akurat padł mi na tę dziurę, ale ogólnie nie zajmowało to mojej głowy. Dziura nie jest wielka, więc moje zaskoczenie było dosyć duże jak zobaczyłam pszczołę przedzierająca się do środka. Jako, że byłam na tarasie mała chwilę zobaczyłam, że pszczoła wyleciała to korzystając z pomocnej ręki Pięknego zakleiłam białym plastrem otwór pewna, że sprawa załatwiona. Jeszcze w większe zdumienie wprawiła mnie pszczoła, która tak krążyła, krążyła aż w końcu przecisnęła się przez drugi otwór odwadniający mający maskowanie. Strach otworzyć okno, a to jeszcze pokój Małego Księcia. W zeszłym roku w centralce od klimatyzacji zagnieździły się nam osy- ale ich nie było mi szkoda i pozbyłam się ich. Za to nie mam sumienia podnieść jakiegoś psikadła na pszczołę. Teraz kombinuję i myślę, czy przejdzie jakiś podstęp mój i czy Piękny zauważy w ogóle, że na tarasie wyrósł niespodziewanie mały (w przyszłości mógłby się powiększyć) ul, który mam nadzieję, skusi bardziej te pszczoły niż okno od pokoju Małego Księcia. Co zrobić, żeby pszczoła była cała, Piękny nie był w nerwach, a mnie sumienie nie gryzło nocami:). Chytry plan potrzebny od zaraz!

Szpital.

Ponoć kobiety wykańczają mężczyzn, albo może odwrotnie. Chyba nieświadomie wdrożyłam ten plan w życie, czy też uaktywniłam moje zdolności w tym temacie. Piękny w szpitalu. Tzn. już wyszedł…, w końcu. Jest dobrze, tzn. lepiej. Tzn. nie ma zagrożenia dla życia. Tzn. chyba mogę w końcu wrócić do normalnego oddychania, spania i innych czynności życiowych niezbędnych mi do życia. Nie wiem od czego zaczać, bo poprzestawiał mi się świat ostatnio do góry nogami. Kolejny raz i zapewne nie ostatni. Zacznę od oddychania, a później się samo potoczy. To chyba dobry plan…

A jednak.

Człowiek planuje, choroba krzyżuje:)W nocy z czwartku na piątek Mały Książę obwieścił mi scenicznym szeptem, że boli go głowa. Poprzedzające to zdanie wcześniejsze stękanie, powinno mnie uświadomić w tym, ale zazwyczaj o tej godzinie śpię snem sprawiedliwym i moje funkcje były w stanie uśpienia, na moje usprawiedliwienie. Cały piątek ratowałam czym mogę Małego Księcia. Odwołałam rodziców jednych i drugich i spisałam na straty zawody. Ku mojemu miłemu zaskoczeniu nocka następna przebiegła bez żadnych problemów i po chorobie oraz gorączce ani śladu nie było. Zapakowaliśmy się więc wszyscy do auta i pojechaliśmy na szumnie nazwane zawody. Nie spodziewałam się tylu ludzi. Nie spodziewałam się również, że Młody Książe rozpłacze się na widok Maskotki „Hektora”, kto by się spodziewał. Koniec końców medal zdobyty, dyplom uzyskany, koszulka na klacie piersiowej jest:) A ja przeszczęśliwa, że choroba trwała tak krótko. Dzisiaj trzeba dopilnować tylko żeby zadusić chorobę w zarodku:))

Strajk.

U mnie i u wielu odbił się echem w postaci obecności Małego Księcia w domu zamiast w przedszkolu. Od poniedziałku raczymy się własnym towarzystwem i nie rozpaczam z tego powodu. Jeszcze w zeszłym tygodniu strajk miał trwać jeden dzień, w poniedziałek wieczorem dostaliśmy informację, że jutro jeszcze też, następnego dnia sytuacja się powtórzyła, a we środę informacja brzmiała, że co najmniej do piątku będzie strajk, a co w następnym tygodniu, to się okaże jeszcze. Można spokojnie to przeżyć. Rozumiem jednak, że jest to swego rodzaju problem dla rodziców którzy pracują i nie mają możliwości podrzucenia dziecka komuś innemu. Każda strona, jak to zazwyczaj bywa, ma swoje racje. Powoli, powolutku zbliża się nam sezon rowerowy. Zadeklarowałam się, że to ja będę uczyć Młodego jazdy na rowerze. Jak to mówią, chcesz żeby było coś zrobione dobrze-zrób to sam:). Jak tylko zrobi się cieplej strzepujemy kurz z rowerka Małego Księcia i będziemy siać postrach na drogach. W sobotę Mały Książe ma „zawody” z karate. Zaprosiliśmy rodziców jednych i drugich. Moi na pewno będą, zobaczymy jak z drugimi. Trzeba wykorzystywać okazję do spotkań, pogaduszek i pośmiania się. Obiad, kawa, jakieś ciastko i część weeka przynajmniej zaplanowane. Zostaje jeszcze niedziela do zagospodarowania.

Test.

Żadnych rewolucji ani skandali w ostatnim czasie nie przeprowadziłam, ani nie doświadczyłam, a może przydałoby się tak dla urozmaicenia. Zostawię sobie rozpatrzenie tego dylematu na kiedy indziej. Tydzień przecieka mi niepostrzeżenie między palcami, a praktycznie nic wielkiego nie robię. Chroniczny brak czasu jak zwykle. Wyczekuję i odliczam dni do zimnej Zośki- wtedy ruszam z kwiatkami i ziołami. Wciągnął mnie ostatnio temat ziół, zdrowego odżywiania, nalewek itp. Już jakiś czas temu- będzie parę lat-zaczęłam akcje „wyrzucanie chemii z domu” i dobrze mi z tym do dnia dzisiejszego. Udało mi się jakiś czas temu znaleźć nowe źródło swojskiego mleka. Dzięki temu mam nie dość, że swojskie mleko to i śmietanę, masło, ser, kefir, serwatkę i maślankę. Lubię w takie rzeczy się bawić i sprawia mi to akurat satysfakcję. Piękny z niepokojem śledzi moje coraz większe zaciekawienie ziołami i innymi pro-eko:) Coś tam już burczy pod nosem. Trudno:) Tylko czekać jak będę uprawiać grouding, będę żywić się energii słoneczną, uprawiać jogę i witać dzień wpatrzona w słońce w pozycji kwiatu lotosu :). Jak już będę nową, lepszą wersją człowieka to spojrzę na ten nędzny padół z mojej wysokości z politowaniem:) Zapowiadają się ciekawe trzy miesiące najbliższe. O ile dobrze zrozumiałam i pozaznaczałam wpis będzie pozbawiony możliwości komentowania:). Taka opcja jest dla mnie najbardziej satysfakcjonująca i komfortowa.

Oj Matyldzio.

Wyszliśmy z chorób, co zapisuję sobie jako sukces. Przeżyliśmy urodziny męża i imprezę, którą musiałam zorganizować, co też zapisuję sobie jako osiągnięcie swego rodzaju. Udało mi się zakończyć sesję, ale tego sukcesem bym nie nazwała, raczej małą porażką:). Głupi ma jednak szczęście dochodzę do wniosku. Ale też i przyjdzie mi za to zapłacić, jak zwykle. Życie toczy się dalej. Stare problemy jeszcze nadal w pełni są, nowych na razie nie przybyło za dużo, przynajmniej nie na tyle żeby się nimi tak bardzo przejmować. Muszę zaznajomić się trochę bardziej z tą platformą. Nowe miejsce…, stara ja:)