A jednak.

Człowiek planuje, choroba krzyżuje:)W nocy z czwartku na piątek Mały Książę obwieścił mi scenicznym szeptem, że boli go głowa. Poprzedzające to zdanie wcześniejsze stękanie, powinno mnie uświadomić w tym, ale zazwyczaj o tej godzinie śpię snem sprawiedliwym i moje funkcje były w stanie uśpienia, na moje usprawiedliwienie. Cały piątek ratowałam czym mogę Małego Księcia. Odwołałam rodziców jednych i drugich i spisałam na straty zawody. Ku mojemu miłemu zaskoczeniu nocka następna przebiegła bez żadnych problemów i po chorobie oraz gorączce ani śladu nie było. Zapakowaliśmy się więc wszyscy do auta i pojechaliśmy na szumnie nazwane zawody. Nie spodziewałam się tylu ludzi. Nie spodziewałam się również, że Młody Książe rozpłacze się na widok Maskotki „Hektora”, kto by się spodziewał. Koniec końców medal zdobyty, dyplom uzyskany, koszulka na klacie piersiowej jest:) A ja przeszczęśliwa, że choroba trwała tak krótko. Dzisiaj trzeba dopilnować tylko żeby zadusić chorobę w zarodku:))