Atrakcje.

Wakacje zaczęliśmy z kuzynem i szwagierką. Mieliśmy już dzień na basenie otwartym, z atrakcjami typu: bicze wodne, bąbelki, wir, zjeżdżalnie. Mieliśmy też dzień na basenie przyogrodkowym. Wczoraj był dzień w Krakowie. Dzisiaj jest dzień w Katowicach. Siedzę właśnie w kinie i korzystam z godzinki wolnego. Najlepszymi atrakcjami jak dotąd to jazda pociągiem, minibusem, wjazd na szyb kopalniany i oczywiście atrakcje na basenie. Wakacje dopiero się zaczęły, a mam wrażenie jakby trwały już miesiac;). Za to za miesiąc będę smażyć się i odwadniać w Chorwacji;)). Nie wiem czy bardziej nie mogę się doczekać już tego, czy jednak wolałabym aby to jeszcze oddalić w czasie;). Jedno i drugie ma zalety i wady;))

To nie jest mój czas i to nie jest mój świat.

Odkąd byłam małym dzieckiem pamiętam, że wyobrażałam sobie, że to życie to fikcja, abstrakcja, a ja żyje w innych czasach, w innym świecie, z innymi ludźmi…, z czasem w tych marzeniach to nawet nie była rasa ludzka;)). Mało jest takich momentów, chwil, o dniach już nie wspomnę, w których czuję, że przynależę. Raczej czuję się wyalienowana, na uboczu, gdzieś na marginesie, gdzieś poza. Są dni kiedy mi to przeszkadza okrutnie, są zaś dni kiedy mnie to wręcz cieszy. Dzisiaj mi to przeszkadza. Dzisiaj chciałabym poczuć, że to jest moje miejsce, to jest mój mąż, to jest mój syn, to jest moja rodzina, to jest mój dom, to moje życie. Sęk w tym, że wcale tego nie czuje;) . Ktoś się nie bał i zajumanił mi moje życie;). Skoro jednak moje nie jest moim…, to czym jest dla mnie…, odpowiedzi na to pytanie chyba nie chcę poznać;)

Wakacje.

Po paru ładnych latach wsiadłam na rower i pojechałam ponad 50 km. W końcu. Tym razem zmieniliśmy się miejscami z Pięknym i on jechał autem z Małym Księciem, a ja drylowałam. Wieczorem dnia poprzedniego Piękny tylko miał za zadanie wgrać mi trasę do telefonu, żeby mi nadawał kierunek, bo jakbym miała zdać się na swój instynkt i znajomość w terenie, to nie wiem czy dojechalabym do celu w ciągu tygodnia. Jechało się super i iligancko;). Oprócz bólu karczycha i łba nie czuję żadnych innych bóli, oby nie zmieniło się to do jutra. Jestem zadowolniona. Zaczęliśmy wakacje;). Dzisiaj zjechaliśmy się do moich i jutro chłopy rozjadą się do prac, a my że szwagierką jakiś tydzień to na pewno, a może i dłużej, będziemy u moich się wakacjować. Dzisiaj też pierwsza wycieczka rowerowa z Małym Księciem za nami. Dał radę. Ja stresowałam się chyba bardziej niż on. Jak pogoda utrzyma się na tym poziomie, to do daty wyjazdu naszego będę jak śliwka robaczywka;). Wakacje…, niech żyją wakacje.

Ciężki nerw.

Ciężki dzień, oj ciężki. Wszystko szło dobrze i zgodnie z planem do godziny 16:30. Jako, że Piękny zapowiedział mi, że do serwisu musi jechać, a ja musiałam też wyjechać, więc umówiliśmy się, że podrzucę Małego Księcia do tego serwisu i pojadę sobie dalej. Oczywiście gdy już byłam na miejscu, okazało się, że Piękny jest już w domu i dziwi się, że nikogo w domu nie ma. Już mały nerw, ale że zapas czasu dosyć duży, to nie panikowalam. Wnerw, a raczej napisalabym, wkurw dopadł mnie, kiedy podczas jazdy z powrotem Mały Książę nagle wstaje mi bez niczego z fotelika. Okazało się, że się odpiął z pasów jak dojechaliśmy pod serwis. Remont, ciągła linia, ludzie wracają z pracy a’la korek już trochę, a ten bez pasów. Dobrze, że mam klimatyzację i zamykam okna bo jakby było słychać to jak się darłam na Młodego to pukaliby się w czoło. W jednej chwili ubyło mi chyba 5lat życia. Wyrzut adrenaliny okrutny. Dojechaliśmy, Mały Książę poszedł do domu, a ja pojechałam dalej. Na miejscu opadła ze mnie adrenalina, dopadły za to wyrzuty sumienia za to darcie ryja. Brak skupienia, zamotanie, zamieszanie…, ogólnie nie mogłam zebrać ani myśli, ani siebie do kupy. Błędy, roztargnienie maksymalne…, nawet przemiła, przesympatyczna i bardzo idąca mi na rękę Pani chyba nie była w stanie mi pomóc. Leżę teraz i czuję taki brak sił, że stać mnie chyba jedynie na oddychanie i klikanie w telefon. Okrutnie jestem wyczerpana. Nie dziwię się, że stres jest najsilniejszym czynnikiem chorobotworczym. Nie dałabym sobie rady w takich warunkach i szybko by mnie wykończyły. Padam. Wstanę jutro i może zmęczenia już nie będzie, ale wyrzuty sumienia zostaną ze mną blisko jeszcze przez kilka dni. Nawet nie mam sił płakać, chociaż mam okrutną ochotę…

Lawenda.

Wieczory pachną u mnie lawendą. Siedzę przy otwartym oknie, przez ktore przechodzi mi woń lawendy. Chyba będzie to moje ulubione miejsce. Co prawda gdyby nie moje zaćmienie umysłowe, które sprawiło, że będąc pewna, że sieje lawendę, zasiałam szałwię lekarska, tej lawendy byłoby więcej…, ale niech tylko dożyję przyszłego roku, a naprawię to niedopatrzenie. Szałwia, ta zasiana omyłkowo i od mamy, ma się świetnie. To samo z miętą, pietruszką i dziurawcem, który mi kwitnie okrutnie i jak mi przekazano to jest właśnie ten czas jak mam go ściąć. Seler, tymianek też cieszy moje oczy. Nawet rukola, sałata i koperek. Ten ostatni wraz z lubczykiem tak cieszy się zainteresowaniem mszyc, że dzień w dzień muszę walczyć z nimi i mrówkami. I nawet już mam małe pomidorki i ogórki. I cieszą mnie one okrutnie. Okrutnie podoba mi się ten przybalkonowy ogródek warzywno-ziołowo-kwiatowo-trawowy. Jeszcze lato i sezon się nie skończyło, a ja już myślę co zmienię w przyszłym roku. To już chyba niezdrowe:)

Czekolada.

Uwielbiam. Mogłabym jeść kilogramami i zjedzenie jednej w ciągu dnia u mnie to żaden wyczyn, swego czasu to była nawet norma. Jednakże…, wczorajsze pokuszenie się właśnie na taką jedną czekoladę, z orzechami (najlepsiejsza dla mnie), spowodowało dzisiejszy, a tak bardziej jakby bawić się w szczegóły to nawet wczorajszy, ból łba. Taki, że już z bólu nie mogłam wytrzymać i o godzinie 4 musiałam poratować się tabletkami. Chyba jednak coś w tym jest, że od czekolady boli głowa. Jak to ma być cena za jedzenie czekolady, to jednak moja miłość do braku bólu jest większa od uwielbienia czekolady. Po przeszło miesiącu, od kiedy Piękny jest na diecie, nie kupiłam czekolady i wczoraj się skusiłam no i mam za karę. Dzisiejszy dzień będzie przymulony przez to niestety.

Trochę czasu.

Piękna pogoda…, piękna. W taką pogodę cieszę się niezmiernie, że zadecydowaliśmy zamontować sobie klimatyzację przy okazji wprowadzania się tutaj i generalnego remontu. Bez klimatyzacji bylibyśmy biedni w tym nagrzanym molochu. Przez te kilka dni byliśmy zmuszeni z Małym Księciem przesiadywać w czterech ścianach, gdyż pewnego słonecznego poranka, kiedy to Mały Książe miał się już ubierać do przedszkola, naszym oczom ukazały się dziwne kropki. Pierwsze co w mojej głowie narodziła się myśl, że ospa. Szczerze pisząc nie miałabym nic przeciwko temu, bo wychodzę z założenia, że lepiej wcześniej, niż jakby miał mi na nią zapaść w wieku późniejszym. Ale na (nie)szczęście to jakaś bostonka. Jako, że zakaźna to zakaz też wychodzenia obejmował nas. Takim to sposobem ścieraliśmy się przez kilka dni z Małym Księciem i aż sama się sobie dziwiłam czemu mam takie nerwy i warczę, nie wspominając o tym, że martwię się jak to będzie przez wakacje, bo jeszcze się nie zaczęły, a ja już mam dosyć:). Choroba jednak odbijała się na Małym Księciu co dało się zauważyć po drzemkach popołudniowych i to 2-3 godzinnych. Po raz pierwszy usnął nam też we wannie:) Po raz drugi dokładnie wczoraj to powtórzył, po wyrwaniu przez Pięknego jego pierwszego zęba. Dzisiaj zaaferowany biegł do mnie z wielkimi oczyma z banknotem w dłoni od wróżki zębuszki:) Że też za moich czasów nie było takich wróżek:). Dzisiaj, po przerwie, udał się do przedszkola i mam trochę czasu dla siebie. Dziwne i być może niezrozumiałe dla innych, ale czuję wielką potrzebę pobycia w samotności. Za głośno wokół mnie, za szumnie, za tłoczno, za interesownie…”za”:). Nie poskarżyłabym się na trochę czasu dla samej siebie.

Plany kontra rzeczywistość.

Człowiek planuje, Pan Bóg krzyżuje. Tak mówią, i jakże to jest prawdziwe:). Wszystko szło według planu aż do godziny 8:20. Wstaliśmy, kawa na tarasie, wyciągnęłam ubrania dla Małego Księcia (jeszcze sam się nie stroi i całkowicie mu jest obojętne to co wciągnie na grzbiet) i udaliśmy się do przedszkola. Mały Książe już był w progu sali, już witał się z Paniami, kiedy to nagle na jego twarzy ukazał się dziwny grymas. Zawrócił się i zmierzył do WC, gdzie zaczął mruczeć w muszlę. Przy takim obrocie rzeczy nie pozostało mi nic innego jak tylko obrócić się na pięcie z Małym Księciem i odpuścić mu dzisiaj przedszkole. Jednorazowa przygoda przez cały dzień na całe szczęście, ale profilaktycznie dałam mu syrop własnej produkcji, który przesiaduje u nas w lodówce. Nawet wyszliśmy na plac zabaw, jak jego grupa wyszła po śniadaniu, bo też nie dało się go zatrzymać w domu przy takiej pogodzie. Karate dzisiaj odpuściliśmy sobie, bo i drzemkę zaliczyliśmy w godzinach popołudniowych- ten upał jednak każdemu daje się we znaki. Mały Książe był cały mokry po tej drzemce, ale temperatury nie miał. Zobaczymy jaka czeka nas noc, oby bez przygód obyło się. Plany na week też są, może nic nam ich nie pokrzyżuje. Ani wirusy, ani bakterie, ani siła wyższa. Oby!

Zosia-Samosia.

Jednak mogę się pod tym podpisać. Lubię sama od początku do końca coś zrobić. Tak żeby mi się nikt nie wtrącał, nie pomagał, nie wyręczał. Co do inspiracji, rad- to jak najbardziej jestem za- ale z wykonaniem lubię męczyć się sama. Podejrzewam, że w dosyć dużej części zgadzam się z myślą: chcesz coś zrobić dobrze, zrób to sam. Albo też: umiesz liczyć, licz na siebie:) Niestety. Taka Zośka-Samośka trochę ze mnie. Ale mam też lepsze dni, kiedy to cierpliwości mam nadmiar i pozwalam napaskudzić Małemu Księciu gdzie tylko chce i jak chce „pomagając” mi. Dzisiaj mi tej cierpliwości zabrakło i warczałam na Małego Księcia przy byle okazji i potknięciu. Jak przyszedł i powiedział mi, że mam sobie dotknąć tego ciasta, bo fajnie się ciągnie, to myślałam, że te 75% wody ze mnie wyparuje tak się we mnie zagotowało:). To był chleb na zakwasie. Fajnie jak wychodzi z inicjatywą i chce mi pomagać, cieszy mnie to, ale dzisiaj miał tyle pomysłów, że aż nie nadążałam. Nie chcąc być matką, która tylko warczy na swoje dziecko i daje mu zakazy, nakazy i kary, machnęłam ręką na jego pomysł wyjścia z domu bez koszulki, skoro 5 minut wcześniej wywalczyłam, że nie wyjdzie mi w stroju szkieletora zapiętego pod samą szyję z długim rękawem i nogawkami. Czasami trzeba się uprzeć, a czasami odpuścić. Wyciągnęłam więc przysłowiowy kij z przysłowiowej części ciała, gdzie plecy tracą szlachetną nazwę i poszliśmy na plac. Sekret tkwi w oddychaniu. Trzeba oddychać, by nie dać się zwariować. Zajął się czymś innym, a ja mogłam w spokoju dokończyć sobie robotę. I rybki, i akwarium. A jak przy okazji gadziny jesteśmy…, do pszczół doszły mi osy. Znowu zalęgły się w klimatyzatorze. Piękny wczoraj czyszcząc przed sezonem centralkę, potraktował je z psikadła. W tym roku już nic nie wymyślę, ale obiecuję sobie, że na następny rok będę chciała skusić pszczoły żeby zamieszkały gdzie indziej. Nadal nie odważyłam się otworzyć okna w pokoju Małego Księcia-nie wiem, czy te pszczoły jeszcze tam są i jak są, czy jeszcze żyją…

Feminizm?

Dziwne czasy i dziwne definicje. Albo być może ja inaczej myślę i moje myśli zbłądziły na manowce-kto wie. Dziwią mnie odpowiedzi, zazwyczaj pań, czy też panienek, mających zapewne dziwne przekonanie o sobie samych, że są feministkami. Jak dla mnie trochę trąci to karykaturą, albo też i groteską. Pada odpowiedź od wyżej wymienionych typu: nie sądzę, aby takie pytania zadawano mężczyznom i dlatego też ja nie odpowiem. O ile mi wiadomo, do dzisiejszego dnia włącznie, żaden mężczyzna nie urodził dziecka, stąd dla mnie rzeczą oczywistą jest, że nie będą w jego kierunku padać takie zapytania, które z natury rzeczy, a raczej z natury ludzkiej, przekraczają jego możliwości fizyczne. Nasza natura, jaka jest, rządzi się swoimi prawami i nie ma co przymykać oczy na to co dla nas niewygodne. Czy feministkom pasuje, czy też nie wpisuje się to w ich ruch- jak świat światem, kobiety rodzą dzieci, a nie mężczyźni. I tak już medycyna poszła daleko do przodu i wiele rzeczy, które jeszcze parę lat temu nie były do pomyślenia, są w zasięgu naszej ręki, o ile w tej ręce jest odpowiednio wyliczona kwota pieniędzy. Być może w pytaniu (panienka zbliża się do zastraszającego wieku 30 lat i dziennikarz zapytał jej czy w związku z tym nie myśli o dzieciach) tym chodziło o wiek- to ta odpowiedź też mi nie pasuje, bo słyszałam nie raz, jak dziennikarz pytał się mężczyzn o ich plany i jak te plany mają się do dzieci- więc jak dla mnie strzał w kolano. Być może nie miała odpowiedzi na to zapytanie, albo odpowiedź nie była przeznaczona dla tak licznej rzeszy ludzi-stąd wszystkim znany i rozumiany ruch feministyczny -ale jak dla mnie to raczej nieudana wersja i bardziej takim szafowaniem na prawo i lewo feminizmem wyrządzają szkodę, niż jakikolwiek pożytek.
Następny objaw udanego inaczej feminizmu, to przypadek kiedy to kobieta tłumaczy mężczyźnie, że jest puchem marnym i w ogóle co on by zrobił bez tej kobiety, że zginąłby marnie i w boleściach itp. Kiedy pada zapytanie owego mężczyzny, co też ta kobieta robi, albo w czym też jest lepsza- padają takie mniej więcej słowa: a kto by Ci prasował, prał, robił obiad, wychowywał dzieci- i cała litania i cały standard czynności, które były przypisywane w zeszłym wieku i to na początku jego istnienia, nikomu innemu jak kobiecie, która nie pracowała, tylko siedziała w domu i pilnowała tzw. domowego ogniska.

Poważnie „feministki”? To jest równouprawnienie? Jak dla mnie średnio trafione. Mnie nie przekonują w ogóle, a raczej jak już to można dojść do całkiem innych wniosków słuchając takich „feministek”. Ja bym nazwała je całkiem inaczej, ale według mnie daleko im do feministek.