Ciężki nerw.

Ciężki dzień, oj ciężki. Wszystko szło dobrze i zgodnie z planem do godziny 16:30. Jako, że Piękny zapowiedział mi, że do serwisu musi jechać, a ja musiałam też wyjechać, więc umówiliśmy się, że podrzucę Małego Księcia do tego serwisu i pojadę sobie dalej. Oczywiście gdy już byłam na miejscu, okazało się, że Piękny jest już w domu i dziwi się, że nikogo w domu nie ma. Już mały nerw, ale że zapas czasu dosyć duży, to nie panikowalam. Wnerw, a raczej napisalabym, wkurw dopadł mnie, kiedy podczas jazdy z powrotem Mały Książę nagle wstaje mi bez niczego z fotelika. Okazało się, że się odpiął z pasów jak dojechaliśmy pod serwis. Remont, ciągła linia, ludzie wracają z pracy a’la korek już trochę, a ten bez pasów. Dobrze, że mam klimatyzację i zamykam okna bo jakby było słychać to jak się darłam na Młodego to pukaliby się w czoło. W jednej chwili ubyło mi chyba 5lat życia. Wyrzut adrenaliny okrutny. Dojechaliśmy, Mały Książę poszedł do domu, a ja pojechałam dalej. Na miejscu opadła ze mnie adrenalina, dopadły za to wyrzuty sumienia za to darcie ryja. Brak skupienia, zamotanie, zamieszanie…, ogólnie nie mogłam zebrać ani myśli, ani siebie do kupy. Błędy, roztargnienie maksymalne…, nawet przemiła, przesympatyczna i bardzo idąca mi na rękę Pani chyba nie była w stanie mi pomóc. Leżę teraz i czuję taki brak sił, że stać mnie chyba jedynie na oddychanie i klikanie w telefon. Okrutnie jestem wyczerpana. Nie dziwię się, że stres jest najsilniejszym czynnikiem chorobotworczym. Nie dałabym sobie rady w takich warunkach i szybko by mnie wykończyły. Padam. Wstanę jutro i może zmęczenia już nie będzie, ale wyrzuty sumienia zostaną ze mną blisko jeszcze przez kilka dni. Nawet nie mam sił płakać, chociaż mam okrutną ochotę…