Zosia-Samosia.

Jednak mogę się pod tym podpisać. Lubię sama od początku do końca coś zrobić. Tak żeby mi się nikt nie wtrącał, nie pomagał, nie wyręczał. Co do inspiracji, rad- to jak najbardziej jestem za- ale z wykonaniem lubię męczyć się sama. Podejrzewam, że w dosyć dużej części zgadzam się z myślą: chcesz coś zrobić dobrze, zrób to sam. Albo też: umiesz liczyć, licz na siebie:) Niestety. Taka Zośka-Samośka trochę ze mnie. Ale mam też lepsze dni, kiedy to cierpliwości mam nadmiar i pozwalam napaskudzić Małemu Księciu gdzie tylko chce i jak chce „pomagając” mi. Dzisiaj mi tej cierpliwości zabrakło i warczałam na Małego Księcia przy byle okazji i potknięciu. Jak przyszedł i powiedział mi, że mam sobie dotknąć tego ciasta, bo fajnie się ciągnie, to myślałam, że te 75% wody ze mnie wyparuje tak się we mnie zagotowało:). To był chleb na zakwasie. Fajnie jak wychodzi z inicjatywą i chce mi pomagać, cieszy mnie to, ale dzisiaj miał tyle pomysłów, że aż nie nadążałam. Nie chcąc być matką, która tylko warczy na swoje dziecko i daje mu zakazy, nakazy i kary, machnęłam ręką na jego pomysł wyjścia z domu bez koszulki, skoro 5 minut wcześniej wywalczyłam, że nie wyjdzie mi w stroju szkieletora zapiętego pod samą szyję z długim rękawem i nogawkami. Czasami trzeba się uprzeć, a czasami odpuścić. Wyciągnęłam więc przysłowiowy kij z przysłowiowej części ciała, gdzie plecy tracą szlachetną nazwę i poszliśmy na plac. Sekret tkwi w oddychaniu. Trzeba oddychać, by nie dać się zwariować. Zajął się czymś innym, a ja mogłam w spokoju dokończyć sobie robotę. I rybki, i akwarium. A jak przy okazji gadziny jesteśmy…, do pszczół doszły mi osy. Znowu zalęgły się w klimatyzatorze. Piękny wczoraj czyszcząc przed sezonem centralkę, potraktował je z psikadła. W tym roku już nic nie wymyślę, ale obiecuję sobie, że na następny rok będę chciała skusić pszczoły żeby zamieszkały gdzie indziej. Nadal nie odważyłam się otworzyć okna w pokoju Małego Księcia-nie wiem, czy te pszczoły jeszcze tam są i jak są, czy jeszcze żyją…