Lawenda.

Wieczory pachną u mnie lawendą. Siedzę przy otwartym oknie, przez ktore przechodzi mi woń lawendy. Chyba będzie to moje ulubione miejsce. Co prawda gdyby nie moje zaćmienie umysłowe, które sprawiło, że będąc pewna, że sieje lawendę, zasiałam szałwię lekarska, tej lawendy byłoby więcej…, ale niech tylko dożyję przyszłego roku, a naprawię to niedopatrzenie. Szałwia, ta zasiana omyłkowo i od mamy, ma się świetnie. To samo z miętą, pietruszką i dziurawcem, który mi kwitnie okrutnie i jak mi przekazano to jest właśnie ten czas jak mam go ściąć. Seler, tymianek też cieszy moje oczy. Nawet rukola, sałata i koperek. Ten ostatni wraz z lubczykiem tak cieszy się zainteresowaniem mszyc, że dzień w dzień muszę walczyć z nimi i mrówkami. I nawet już mam małe pomidorki i ogórki. I cieszą mnie one okrutnie. Okrutnie podoba mi się ten przybalkonowy ogródek warzywno-ziołowo-kwiatowo-trawowy. Jeszcze lato i sezon się nie skończyło, a ja już myślę co zmienię w przyszłym roku. To już chyba niezdrowe:)