Wakacje 2021.

Z marszu jak tylko się zaczęły, tak wyjechaliśmy i my zacząć nasze „wypoczywanie”. I o dziwo wypoczęliśmy;)). Pochodziliśmy po górach, co prawda niskich i nie za dużych odcinkach (dzięki Ci Panie za Małego Księcia i ograniczenia w jego możliwościach, gorzej bedzie kiedy role się odwrócą i on będzie chciał iść dalej, wyżej, szybciej itp, a to ja będę biadolić i jęczeć, że już nie mogę i nie chcę, za to chcę do domu);)). Ponad tydzień spędziliśmy u wujka w przepięknych okolicznościach przyrody. Telefon służył mi tylko do robienia zdjęć i nawet nie chciało się przeglądać stron internetowych, czy innych portali społecznościowych, kiedy można było przeglądać na żywo widoki zapierające dech w piersi;)). Miejscówka nie była 4 gwiazdkowa, nawet nie była 3 gwiazdkowa, ani 2;)), ale wystarczył nam dach nad głową, miejsce do spania, a dla Małego Księcia mycie sie w misce było kolejną atrakcją w te wakacje.;)). Dni spędzone aktywnie i intensywnie. Książe zachwycony i powiedział, że woli bardziej takie wakacje niz wypad na Chorwację. A ja się z nim zgadzam (o dziwo). Za stara już widocznie jestem na leżenie plackiem na plaży, chociaż i to ma swoje dobre strony;)). Teraz tydzień przerwy w domu, a potem wakacje ciąg dalszy i szukanie atrakcji dla dziatwy w ilości 2-6;))

Angielski.

Ponoć nic nie dzieje się bez przyczyny. Niektórzy wierzą w przeznaczenie, inni w ślepy los. Sama już nie wiem co o tym myśleć, ale jednego jestem pewna, że przeznaczenie postawiło na mojej drodze pewną osobę. To było mi pisane. Przeznaczone przede wszystkim po to, aby wziąć się w garby i poprawić mój angielski. Wydawało mi się, że jest dobry, taki jak naście lat temu. Tak…, miałam rację, wydawało mi się;)). „Amerykański żołnierz” uzmysłowił mi, że daleko mu do bardzo dobrego stopnia;)). Dwa razy muszę zastanawiać się nad pisownią. That nieustannie myli mi się z what (nie mam pojęcia dlaczego, jak czytam to co napisałam to, aż za głowę się chwytam czasami). A wszystko to za sprawą „amerykańskiego żołnierza”. Strzeżcie się i unikajcie „amerykańskich żolnierzy”, bo jeszcze zmobilizują Was do nauki, jak w moim przypadku;))). Jako dodatkowy bonus moge dodać jeszcze, że jeden dzień wstarczył, abym rozkochała go do granic możliwości i odnalazł we mnie swoją bratnią duszę. Taki ze mnie wamp i tak nie można mi się oprzeć w moim wieku;). Trochę zepsuł się z piękną gadką gdy po dwóch dniach poprosił mnie o zakupienie karty, po 4 wspominał, że planuje otworzyć jakiś biznes w Polsce i czy mu pomogę, bo przecież przed nami taka świetlana przyszłość i będziemy w stronę zachodzącego słońca iść ramię w ramię.;)). Nikt jednak nie jest idealny, nawet, a może w szczególności mój angielski, wiec nie stawiajmy wysoko poprzeczki „amerykańskiemu żołnierzowi „;)

Matka.

Największe osiągnięcie moje życiowe, to to że dane jest mi być matką. Mogłabym być lepszą matką, trochę tutaj jestem sobą rozczarowana, ale chyba najgorszą też nie jestem. Ostatnio przy okazji wizyty moich rodziców zauważyłam jakie mamy inne podejście do tematu rodzice-dzieci. Powiedziałam, że może Młody Książe będzie musiał wyjechać zagranice w poszukiwaniu lepszych warunków życia (przy narzekaniu na kraj w jakim przyszło nam żyć). Moja mama zaskoczona wielce rzekła wtedy: ” i zostanie tak sami??!!”. No owszem zostaniemy, nie patrzę na swoje potrzeby i na to żeby kto miał się mną zaopiekować na starość, jak to jest wymagane ode mnie samej. Być może myślenie mi się zmieni im bliżej będzie mojego końca, ale nie wychowuję syna po to, abym nie była sama, raczej od początku podchodziłam do tego tak, iż wychowuje go dla kogoś innego. Chcę dla niego jak najlepiej. Mierzi mnie niejeden komentarz mamy, jak nie dzwonię za czesto do niej, w stylu: jakbyśmy pomarli nawet bys nie wiedziała itp. Pierwszy raz usłyszałam od niej, że mnie kocha jak byłam już mężatką i powiedziała mi coś wcześniej tak okrutnego i niewyobrażalnego, że nikt dotąd nie wyprowadził mnie tak wcześniej z równowagi, a to było na „przepraszam”. Nigdy nie miałam jakiś super ekstra więzi z własną mamą, ale niewątpliwie jest moją mamą i mamie trzeba oddać to co się należy;)

Matka…najbardziej niedoceniany „zawód”.

I jak do każdego z dni pod tytułem: dzień kobiet, dzień zakochanych, urodziny, święta, Sylwester itp, itd, w ogóle nie przywiązuje do tego wagi ze to dzisiaj dzień matki. Takie dni są codziennie i to, że dzisiaj akurat dostanę laurkę od syna, czy dostałabym ją kiedy indziej, nie robi mi różnicy. Za dużo wagi przywiązujemy do tego co nieistotne i skupiamy uwagę nie tam gdzie być powinna.

Nie moja bajka;)

Życie towarzyskie Małego Księcia zaczyna być bardziej rozwinięte od mojego, ale też i na tym ja korzystam;). Ostatnio przy okazji urodzin jednego z kolegów ze szkoły miałam przyjemność spotkać się z czwórką rodziców innych dzieci i podczas zorganizowanego czasu dla małolatów, my przy kawie/herbacie i pączkach poznawaliśmy się na ile starczyło czasu i tematów. I przyznam się, że kobiety są wspaniałe!! Zawirowane, gadatliwe, roztrzepane, wielowątkowe i mogłabym gadać, może bardziej słuchać ich godzinami;). To spotkanie uświadomiło mi, jak bardzo mało w moim życiu jest kobiet, oprócz rodziny i starych dobrych znajomych od przedszkola. Wolę, a może wolałam, bardziej towarzystwo męskie i jakoś z nimi lepiej znajduję język. Szczerze, to czasami nawet nie wiedziałam o czym te przewspaniałe kobietki mówią, jak np zgadały się o jakiś jedwabnych chustach, która każda jedna ma jakiś tytuł/imię/przesłanie itp. Dla mnie chusta to chusta, może mi się co najwyżej podobać, albo podobać mniej. Dla nich zaś to coś więcej. Co nie zmienia faktu, że byłam nimi zachwycona;)). Tak było im z tym dobrze, tak kobieco. Bardzo przyjemnie spędzony to był czas, chociaż to nie moja bajka, ale nie zmienia faktu, że czułam się z nimi wyjątkowo dobrze;)

Kobiety to przewspaniałe istoty. Niektóre bardziej, inne mniej;)). Ale przewspaniałe;)))

Ku pamięci…

Starać się nie powielać błędów rodziców i postarać się być lepszym rodzicem dla własnych dzieci. Chociaż z żalem muszę brutalnie napisać, że teściu postawił bardzo nisko poprzeczkę. Zawsze jednak może być gorzej, więc lepiej nie wywoływać teścia z lasu. Święta, przynajmniej duża część z nich, w iście nierodzinnej atmosferze, za to w atmosferze obrażania, kłótni i kierowania się powoli w kierunku szaleństwa. W pewnym momencie mi przypadł ten wątpliwy przywilej bycia w centrum tego huraganu. Niebawem dojdę do wniosku, że dwa razy do roku święta to stanowczo za dużo. Moim przeznaczeniem jest chyba zostanie celebrytką, wtedy byłabym wręcz zobligowana do wylotu na Zanzibar, czy inny bar. Bycie celebrytą wzmacnia więzi rodzinne!;)

Nie dogodzisz…

Albo to ja mam takie parszywy szczęście, albo ostatnio nastąpiło jakies masowe ogólne wyrażanie swojej opinii, czy też mówienie/pisanie co się komu nie podoba. I jak to nasza natura ludzka i niemalże narodowa przypadłość nakazuje…nie podoba się nam wiele rzeczy, jakżeby inaczej. A już najbardziej nie podoba nam się chyba, jak ktoś chce osiągnąć coś więcej, robi coś więcej i lepiej mu się z tym żyje, lepiej wygląda, a jak idzie to w kierunku polepszania warunkow życia i zdrowia i nie daj Boże szczęścia….to już w ogóle katastrofa Panie;). Kobieta nie może być kobietą szczupłą i zadbaną i ćwiczyć…bo to jest szkodliwe dla wszystkich tych innych kobiet, które o siebie tak nie dbają z racji braku czasu, chęci i innych. Szkodliwe to jest społecznie proszę Pana;). Operacje…, szkodliwe.. .i w ogóle szkaradne ingerencje w wygląd. Rozwodnikom przeszkadza plakat „mamo i tato kochajcie się” (cytat z pamięci). Czytałam nawet „argumenty” typu: co czuje dziecko rozwiedzionych rodziców czytając to hasło. Nie wiem co czuje takie dziecko, tak samo jak nie wiem co czuje dziecko siedząc koło mojego syna i patrząc na to, że je owoce czy inne zdrowe, czy niezdrowe przekąski podczas gdy sam nie ma nic do jedzenia bo w domu nędza. Nie wiem też co czuje dziecko molestowane, czy też bite przez bliskich, patrząc jak ja swoje dziecko tulę i jak ono przytula mnie. I nawet jakbym wiedziała co czuje, nie przestałabym dawać pacholęciu śniadania, czy tulić go ze względu na to drugie dziecko. Hejtem jest krytyka jakakolwuek by ona nie była złośliwa, czy też tzw konstruktywna. Natomiast jak się napisze „społecznie szkodliwe”…, to już zmienia postać rzeczy proszę Pana;). To już obywatelski obowiązek i praca na rzecz spoleczenstwa…wręcz charytatywna;)) Wielu rzeczy nie wiem i z jeszcze większej ilości pewno sobie nie zdaje sprawy., szczególnie z tych, które dzieją się za zamkniętymi drzwiami domów. Dla odmiany napiszę więc co mi się podoba w ludziach…, podoba mi się to, że przez ich pisanie, czy mówienie, mogę spojrzeć na siebie, coś w sobie poprawić, coś zmienić, albo zwyczajnie czasami nawet pomyśleć, że nie jest ze mną tak źle i docenić samą siebie;). Każdy widzi to co chce zobaczyć, a ja lubię jednak i preferuję dobro w drugim człowieku…, nawet kiedy intencje są przeciwne temu;). Takie mam spaczone spojrzenie na świat i dobrze mi z tym się żyje czasami…ostatnio coraz częściej na przekór niewdzięcznym czasom;). A tyle dobra jest w ludziach…tylko złośliwa narośl je obrosła i nie daje wyjść na światło dzienne.

Empatia.

Każdy ma swoją własną, oby każdemu było z nią dobrze, a i też nie zaszkodzi jak bliskie nam osoby z którymi żyjemy też były zadowolone z poziomu naszej empatii.

Wydaje mi się, że mam dosyć wysoki wskaźnik empatii..niestety, albo stety. Piękny też ma empatii pod dostatkiem, co jest jedną z wielu rzeczy, ktore mnie w nim zachwyca. I chyba kumulacja nastąpiła w Małym Księciu. Już w przedszkolu zwracano mi na to uwagę, polecano przychodnie pedagogiczne itp. Że jako jedyny w klasie jest tak wrażliwy itp. Osobiście nie uważam żeby to był problem, zdecydowanie uwielbiam w nim to. Zawsze jest też druga strona medalu. Bynajmniej nie chce go zmieniać, chociaż przypuszczam, że byłoby mu znacznie łatwiej i lepiej w życiu jakby był mniej zaopatrzony w empatię, a bardziej w inne, mniej atrakcyjne cechy. Cofam się teraz w czasie i wraca do mnie moje dzieciństwo i nadmiar tych emocji i brak zrozumienia u innych. I chociaż przeszłam przez to sama, to wcale nie jestem mądrzejsza. Nie wiem co pomogłoby mi wtedy, kiedy musiałam radzić sobie z tym sama. I nie wiem jak mogę pomóc Małemu Księciu w tym, aby siebie nie zgubił w tym wszystkim. Niewdzięczna rola rodzica, patrzeć na porażki swojego dziecka, na jego ból i nie móc zabrać tego z jego barków. Życia za niego nie przeżyję. A tak by się chciało żeby miał lżejsze życie, żeby nauczył się na błędach innych, a nie na swoich…ale nie ma lekko. Tych błędów będzie coraz więcej i głupot i wybryków itp. Prawdziwe wychowanie dopiero przed nami. Obyśmy jak najlepiej podołali.

Drugi oddech.

Od przeszło dwóch tygodni zyskałam drugi oddech. Jednak te parę godzin, gdy dziatwa jest w szkole, dobrze robi dla zdrowotności i fizycznej, ale i psychicznej. Ja odczuwam wielką różnicę w sobie samej. Jestem spokojniejsza, nie wybucham i nie warczę przy byle czym, łagodniejsza i wyrozumialsza. Mały Książe z tej zmiany bywa mniej usatysfakcjonowany niestety. Już po tygodniu jęczał mi przy byle okazji pytaniem „kiedy zrobisz mi wolne od szkoły?” Itp. Nie ma dnia żebym nie usłyszała, że „szkoła jest głupia” itp. Staram się tłumaczyć, spojrzeć na to z jego perspektywy…, ale mamy tutaj sprzeczne interesy niestety;). Po tylu miesiącach skumulowanego towarzystwa, kiedyś tak bardzo wyczekiwane, upragnione i wymarzone „mamo”…zaczęło przyprawiać mnie o dreszcze i targało mną jak trzciną na wietrze. W nadmiarze jednak wszystko szkodzi…;))

Z niepodważalnych plusów nauki stacjonarnej, najbardziej cieszę się z tego, iż nie jestem katowana po kilkanaście razy słuchaniem jak Pani mowi to do jednego, to do drugiego dziecka ” włanczamy ” kamerkę, dźwięk itp itd. Pani, która, o ironio, uczy ich języka polskiego. I ja rozumiem…, wiem, że to dopiero pierwsza klasa i jak widzę ich ortografię to nie wiem czy śmiać się, czy też płakać. I zdaję sobie też sprawę, że o ile cenię sobie i bardzo lubię estetykę języka polskiego, czy też polot, to i mi zdarza się zrobić błędy czy to w piśmie, czy też mowie. Może za wiele wymagam od naszej oświaty i się czepiam…, ale mierzi mnie takie coś okrutnie.

Małe kroki.

Zmiany w moim życiu lubie wprowadzać stopniowo, powoli, czasami nawet i po kilka razy bo zdarza mi się z czegoś wycofać, by za jakiś czas jednak do tego wracać. Rewolucyjne zmiany, przewracające moje życie i bliskich o 180 stopni, niezaplanowane następują zazwyczaj w wyniku niesprzyjających warunków i czynników zewnętrznych, na które mam ograniczony, czy też nawet zerowy wpływ. Jestem mocno przywiązania do mojego życia, do mojego stylu, do mojego domu, do mojego w nim miejsca, do mojej małej (jeszcze) dziatwy i do mojego Pięknego. Ale lubię wprowadzać małe zmiany, które trwają już lata i w których, o dziwo, jestem wytrwała i które lubię. Żyję ze soba już kilka dekad i na tyle na się poznałam, wiem iż co nagle…to po diable;)). Stąd też masa rzeczy leży na moim stanowisku pracy pozaczynanych… .już prawie skończonych…, ale jeszcze nie do końca. Próbuję z tym walczyć, jakoś uporządkować to i zorganizować…, z większymi czy też mniejszymi sukcesami kończę dzień;). Małymi krokami walczę sama ze sobą o lepszą organizację…, chociaż szczerze, to mi taka organizacja w ogole nie przeszkadza, ale inni się czepiają;)). Toteż małymi krokami podejmuję kolejną próbę stworzenia lepszej wersji mnie.

Lepimy.

Jakimś cudem sama siebie wrobiłam w Wigilię u siebie. Planowo mieliśmy być w tym roku u teściów, a moi mieli być sami (co drugi rok mam wyrzuty sumienia i poczucie bycia niewdzieczną córką). Jak szwagierka zaczęła wypytywać o harmonogram wizyt, jak zaczęła „narzekać”, że ona zawsze z rodzicami żeby nie byli sami (kurczaczek! Jak sami jak co drugi rok jesteśmy z nimi na Wigilii), nadęłam się i uniosłam się tak bardzo, iż mało brakowało żebym z tego nadęcia nie pękła;)). Piękny w sumie sam podsunął mi pomysł, żeby zaprosić do siebie, a ja nieświadoma niczego, jak owieczka prowadzona na rzeź, w to weszłam. Należy mi wybaczyć, bo nie byłam świadoma tego co czynię. Planowo mieli być tylko rodzice jedni i drudzy, bo przecież szwagierka tak podkreślała, że zawsze z rodzicami, to wnioskowałam że chce do teściowej zajechać wyjątkowo może. A tu okazało się, że i ona z całą swoją gromadką będzie, co mnie zaskoczyło, miło bo miło…ale zaskoczyło.

Teraz pozostaje mieć tylko nadzieję, że żaden z sąsiadów to nie świnia i mnie nie zakapuje.

Dzisiaj dzień sponsorują pierogi i uszka!. Lepimy;))