Angielski.

Ponoć nic nie dzieje się bez przyczyny. Niektórzy wierzą w przeznaczenie, inni w ślepy los. Sama już nie wiem co o tym myśleć, ale jednego jestem pewna, że przeznaczenie postawiło na mojej drodze pewną osobę. To było mi pisane. Przeznaczone przede wszystkim po to, aby wziąć się w garby i poprawić mój angielski. Wydawało mi się, że jest dobry, taki jak naście lat temu. Tak…, miałam rację, wydawało mi się;)). „Amerykański żołnierz” uzmysłowił mi, że daleko mu do bardzo dobrego stopnia;)). Dwa razy muszę zastanawiać się nad pisownią. That nieustannie myli mi się z what (nie mam pojęcia dlaczego, jak czytam to co napisałam to, aż za głowę się chwytam czasami). A wszystko to za sprawą „amerykańskiego żołnierza”. Strzeżcie się i unikajcie „amerykańskich żolnierzy”, bo jeszcze zmobilizują Was do nauki, jak w moim przypadku;))). Jako dodatkowy bonus moge dodać jeszcze, że jeden dzień wstarczył, abym rozkochała go do granic możliwości i odnalazł we mnie swoją bratnią duszę. Taki ze mnie wamp i tak nie można mi się oprzeć w moim wieku;). Trochę zepsuł się z piękną gadką gdy po dwóch dniach poprosił mnie o zakupienie karty, po 4 wspominał, że planuje otworzyć jakiś biznes w Polsce i czy mu pomogę, bo przecież przed nami taka świetlana przyszłość i będziemy w stronę zachodzącego słońca iść ramię w ramię.;)). Nikt jednak nie jest idealny, nawet, a może w szczególności mój angielski, wiec nie stawiajmy wysoko poprzeczki „amerykańskiemu żołnierzowi „;)