Drugi oddech.

Od przeszło dwóch tygodni zyskałam drugi oddech. Jednak te parę godzin, gdy dziatwa jest w szkole, dobrze robi dla zdrowotności i fizycznej, ale i psychicznej. Ja odczuwam wielką różnicę w sobie samej. Jestem spokojniejsza, nie wybucham i nie warczę przy byle czym, łagodniejsza i wyrozumialsza. Mały Książe z tej zmiany bywa mniej usatysfakcjonowany niestety. Już po tygodniu jęczał mi przy byle okazji pytaniem „kiedy zrobisz mi wolne od szkoły?” Itp. Nie ma dnia żebym nie usłyszała, że „szkoła jest głupia” itp. Staram się tłumaczyć, spojrzeć na to z jego perspektywy…, ale mamy tutaj sprzeczne interesy niestety;). Po tylu miesiącach skumulowanego towarzystwa, kiedyś tak bardzo wyczekiwane, upragnione i wymarzone „mamo”…zaczęło przyprawiać mnie o dreszcze i targało mną jak trzciną na wietrze. W nadmiarze jednak wszystko szkodzi…;))

Z niepodważalnych plusów nauki stacjonarnej, najbardziej cieszę się z tego, iż nie jestem katowana po kilkanaście razy słuchaniem jak Pani mowi to do jednego, to do drugiego dziecka ” włanczamy ” kamerkę, dźwięk itp itd. Pani, która, o ironio, uczy ich języka polskiego. I ja rozumiem…, wiem, że to dopiero pierwsza klasa i jak widzę ich ortografię to nie wiem czy śmiać się, czy też płakać. I zdaję sobie też sprawę, że o ile cenię sobie i bardzo lubię estetykę języka polskiego, czy też polot, to i mi zdarza się zrobić błędy czy to w piśmie, czy też mowie. Może za wiele wymagam od naszej oświaty i się czepiam…, ale mierzi mnie takie coś okrutnie.