Każdego szkoda.

Moje spaczone poczucie humoru pozwala śmiać się do rozpuku z różnego rodzaju memów na temat ostatnich czasów w jakich przyszło nam żyć. Tutaj kreatywność osób tworzących, łączących niektóre postaci, zdarzenia, gesty- jest wręcz nieograniczona. Zawsze doceniam poczucie humoru, a być może szczególnie w takich sytuacjach. To jeden z nielicznych sposobów na poprawę nastroju od jakiegoś czasu i nie zamierzam go sobie odmawiać, chociaż rozumiem doskonale, że niektórych te memy mogą oburzać, obrażać czy tym podobne. Jak napisałam wyżej, od dłuższego czasu nie mam złudzeń, że mam spaczone poczucie humoru. Ja się z tym pogodziłam, żyję z tym, to też i osoby mające ze mną do czynienia nauczyły się z tym żyć. Jednakże, chociażby z racji wieku, wiek wszak zobowiązuje, zauważam, że sytuacja jest poważna, a stanie się jeszcze bardziej na poważnie. Ten czas odbije się nam czkawką i dopiero przyjdzie nam za to wszystko zapłacić. Konsekwencje naszej izolacji, zastoju w gospodarce, nawet, a może w szczególności, tych wszystkich galerii i innych dobytków życia i spotkań towarzyskich, będą nieproporcjonalne do strat poniesionych przez ten czas. Jak w domino, jeden klocek popchnie drugi i lawina zacznie ściągać w dół. O 180 stopni zmieni się sytuacja na rynku pracy i teraz pracodawca będzie mógł wybierać, przebierać i wybrzydzać. Los małych rodzinnych firm to często wybór między: być, a nie być. Rynek rządzi się swoimi prawami i podaż-popyt dyktuje tutaj warunki, a warunki są niecodzienne i nie każdy im sprosta. Brutalna prawda. Niektórzy nawet się na tym wzbogacą uczciwie, drudzy mniej uczciwie, a jeszcze trzeci całkiem na krzywdzie ludzkiej. Taka nasza natura. Ktoś kiedyś chyba nas przeklął znanymi słowami: „Obyś żył w ciekawych czasach”…No to mamy ciekawe czas….

Oliver.

Pamiętam to uczucie zazdrości kiedy to pojawił się. Pamiętam pytania, na które nie chciałam odpowiedzi, ale które nachalnie, w tyle głowy, czy też w podświadomości pojawiały się u mnie. Pamiętam, że nie chciałam się tak czuć i chciałam się cieszyć ich szczęściem i owszem cieszyłam się, ale ta radość była zakrapiane ziarnkiem, a może kilkoma nawet, goryczy. Pamiętam, że zwalczalam w sobie te wszystkie negatywne odczucia i tłumaczenie typu: czy chciałabyś żeby Tobie tak ktoś zazdrościł, nawet wiele zadziałało. Ale chciałam bardzo być na ich miejscu i zazdrość, taka zdrowa, nazwijmy ją inspiracją, żeby walczyć i nie poddawać się, bo jak im się udało to i nam może też. Starałam się więc brać i czerpać z ich szczęścia to co najlepsze i budować na tym swoją własną siłę, a nie wpadać w dołek i zasypywać się za życia. Chciałam być na ich miejscu, te lata temu wstecz. Kilka dni temu, przeglądając najpopularniejszy portal społecznościowy przeczytałam, że Olivier po latach przebywania w szpitalach (przeszczep serca), po latach kuracji, leczenia odszedł z tego świata. Nie jestem nawet pewna czy zdołał podejść do I komunii. Już wcześniejsze czytanie o jego problemach zdrowotnych było czasami traumą dla mnie i niesprawiedliwoscia . Przeczytanie o tym że umarł, było jak cios w serce. I to dla osoby postronnej, dla mnie. Wracają do mnie teraz te chwilę kiedy się narodził, a ja w głębi ducha, chciałam być na ich miejscu. Teraz nikt zapewne nie chce być na miejscu rodziców Oliviera, każdy woli żyć swoim życiem.

Pomiędzy.

Moje życie. To chwile, momenty, które trwają od kilku sekund do kilku minut. W tych chwilach czuję, że żyję. Liczy się każdy oddech, słyszę i czuję każde uderzenie serca, czuję niemalże każdy jeden centymetr skóry. Jestem świadoma siebie, swojego ciała, czasu, miejsca. Czuję energię, czy też siłę, której jest za dużo jak na to moje ciało. Te chwile zazwyczaj wywołane są strachem, czy innym silnym przeżyciem. W przerażającej większości raczej negatywnym. Ale wtedy zalewa mnie świadomość, że żyję. Pomiędzy nimi są lata, które nie mają znaczenia. Ani nie wniosły nic specjalnego w moje życie, ani też nie zabrały. Były na tyle bez znaczenia, że nie zapisały się w mojej pamięci. Oto więc cała ja i moje życie. Pomiędzy. Całe lata, których nie pamiętam:)

40 lat minęło, jak jeden dzień.

Leżę w łóżku i próbuję wygonić się z niego, wszak jeszcze muszę trochę ogarnąć zanim goście zjadą na obiad. Dzisiaj, przy okazji soboty, zostaną złożone mi życzenia z okazji poniedziałkowych urodzin. Nie minęło mi to życie, do tej pory, jak jeden dzień, bynajmniej. Oglądając się wstecz, mam wrazenie, że dni, miesiące i lata wlekły się niemiłosiernie. Pamiętam, że mając dwadzieścia parę lat czułam się jak babcia. Dzisiaj może nie czuję się jak babcia…, ale jestem zmęczona. Zmęczona, to dobre określenie na to co siedzi we mnie. Nie dopadł mnie też żaden dołek emocjonalny, ani kryzys wieku średniego, bynajmniej. Jestem w lepszej kondycji psychicznej, emocjonalnej, a być może i fizycznej, niż jakieś 15 lat temu. I chociaż z reguły swoich urodzin nie organizuję, to przy takiej okrągłej liczbie Piękny mi nie podarował i trzeba było stać w kuchni od dwóch dni i pichcić, dzisiaj będziemy konsumować. Dzisiaj też zapewne odspiewają mi sto lat…i może, nieśmiałe i niepewne może, będę się tym cieszyć. I przyznać się muszę, że jestem okrutnie ciekawa prezentów jakie dostanę. Szalenie miło jest dostać w końcu jakiś prezent, z pewną przykrością uświadomiłam sobie, że mało ich dostawałam, zapewne związane jest to z tym, że swoich urodzin nie organizowałam;). Dziwnie bardzo, a może tak nie bardzo, po tylu latach odprawiać nie dla Pięknego, ani dla Małego Księcia urodziny. Dzisiaj to ja będę gościem honorowym i to mi będą składane życzenia…, tylko jak to pogodzić że staniem w kuchni i usługiwaniem wszystkim;)). Jakbym miała fartuch to wdziałabym go na Pięknego i zapędziła do kuchni. Dodatkowo musiałabym jeszcze wyzbyć się przekonania, graniczącego z pewnością, że akurat te czynności wykonuję szybciej i lepiej niż on. Ale dzisiaj postaram się bardziej udzielać w towarzystwie, a nie przestać prawie całej imprezy w kuchni. W końcu 40-stka do czegoś zobowiązuje, to wybiorę sobie właśnie takie zobowiązanie;)

Barowa pogoda.

Piękny ma od nas wolne, nie bał się i wyjechał na męską wyprawę na Mazury. Tydzień przyjemności (mam nadzieję) na jachtach motorowych. Jestem okrutnie ciekawa wrażeń i doświadczeń. Trochę niech odpocznie i pooddycha pełną piersią. My z Małym Księciem siedzimy w domu i leniuchujemy. Szczególnie, że od czwartku Mały Książe ma problemy z szyją. Biegał po placu zabaw i sobie coś najwidoczniej naciągnął. Pod kocykiem, z szydełkiem w dłoni i oglądając różnego rodzaju filmy, spędzam leniwie czas. Dzisiaj jeszcze trochę przeciągnę lenistwa, szczególnie, że pogoda barowa. Na taką pogodę muszę dokończyć sobie sweter, który leży w szafie, zwłaszcza, że wyraziłam chęć wzięcia udziału w trzydniowej wycieczce z pracy Pięknego-przyda się jak nic. Już mam stresa małego w związku z tym, że Mały Książe zostanie z moimi rodzicami sam. Po raz pierwszy od lat nie będę przy nim przez więcej niż 8 godzin. Nie wiem kto będzie to bardziej przeżywał on, czy też może ja. Bardzo prawdopodobne, że ja. Będzie to dla nas wszystkich niezły sprawdzian. Dla niego: jak sobie radzi bez nas, dla nas: jak sobie radzimy bez niego. Próbowałam przypomnieć sobie kiedy to ostatni raz byliśmy z Pięknym sam na sam – i nie potrafiło mi przyjść nic innego do głowy, jak czasy przed ciążą:). Ciekawe, czy wytrzymamy ze sobą te trzy dni i nie będziemy się nudzić w swoim towarzystwie:). Kręcimy się bowiem wokół Małego Księcia. Jest jak słońce wokół którego krążymy przez cały rok, a teraz na trzy dni będziemy kręcić się wokół siebie. Kto wie…, może i ja na trzy dni będę słońcem Pięknego i stanę się na nowo jego centrum wszechświata. Jednocześnie zachwycająca i zastraszająca myśl.

Dziecko;))

Kiedy to wakacje mają się ku końcowi i spędzanie 24 godzin z dzieckiem tym samym również będzie miało swój koniec, po raz kolejny utwierdzam się w myśli, że miłość do dziecka to wszystko pomiedzy i włącznie : oddałabym za Ciebie życie i chęcią wyrzucenia przez okno, czy też inny wyrafinowany sposób ukrucenia pyskowania, tzw buntów, humorów, oznak charakteru-zwał jak zwał, ja zazwyczaj nazywam to rozwydrzeniem. Najchętniej wolałabym odnosić się do tego pierwszego z wymienionych, albo chociaż w tego okolicy, ale również i to drugie ma miejsce. Biorę wszystko z dobrodziejstwem inwentarza i godzę się też z tymi burzliwymi emocjami we mnie. Kiedyś mam nadzieję wspominać wszystkie te chwilę z uśmiechem i humorem;). Ale nie ukrywam, że odetchnę pełną piersią jak zacznie się wrzesień. Usiądę z kawą i w ciszy, spokoju będę mogła oddać się i ogarnąć moje sprawy, a jest co do ogarniania;)

Źle mi w swojej skórze.

Z nadmiaru słońca;). Na całe szczęście taki powód. I mimo tego, że unikałam i przy każdej okazji siadałam w cieniu, to zbrazowiałam (co akurat mi przypadło do gustu), ale też i zrzucam skórę z pleców. Skutki wyprawy za muszlami i zabaw z dziećmi w wodzie, bo jednak tego siedzenia w cieniu nie było dużo. Miasteczko okazało się małe i urokliwe. Jeden sklep, dwa stragany i jedna restauracja:). Spokoj, cisza, mało atrakcji…, być może też i trochę nudy. Za atrakcje dla dzieci robić musieliśmy my sami. W każdym razie droga męczaca. Kilkanaście godzin w aucie daje wycisk. Następnym razem pomyślimy dwa razy, a może i trzy, zanim zdecydujemy się wybrać się tam autem.

Półmetek.

Prawie połowa wakacji za nami. My intensywnie, jak do tej pory, spędzaliśmy czas. Na tyle intensywnie, że Pięknego widziałam z wieczora i podałam na twarz. Nietomna. Całe dnie jak nie na basenie to inne atrakcje. Minęły urodziny Małego Księcia, podostawał prezenty i korzystamy z nich na całego. Maska co prawda za duża, ale ja przygarnęłam ją, a Młodemu kupiłam mniejszą. Super sprawa!, na Chorwację będzie iligancka!;). Wyposażony został też rower i uskuteczniamy jego jazdę, idzie nam coraz lepiej. Jak dotąd jedynie piłka do kosza była jedynie raz używana, ale doba jest za krótka:). Przez tydzień gościliśmy bratową z synem. Chłopaki w większości dogadywali się dobrze, jest coraz lepiej. My zaś codziennie padnięte. Nie nadążamy za tą energią, która ich rozpiera;). Był basen, park liniowy, rowery wodne, plac zabaw, biegi i skoki w dał, a nawet udało nam się nawiedzić Pszczynę, zamek i park, nawet o żubrach pamiętaliśmy. Na dowód tego dnia mam pamiątkę w postaci potarganej spódnicy. Ściągając się z bratankiem na rowerach po parku poczułam nagle pociągnięcie i usłyszałam przeciągłe „trachhhhh”. To była właśnie rzeczona spódnica, która wciągnęła się w koła. Jako jedyna z nich mam więc pamiątkę…,szczerze to wolałabym nie mieć takiej pamiątki, ale jak się nie ma co się lubi, to trzeba sobie naprawić spódnicę,). Wczoraj jeszcze zaliczyliśmy wszyscy wypad do moich i pożegnaliśmy się z bratową. Niebawem na week znowu się zobaczymy, to chłopaki będą krótko tęsknić za sobą. Tym razem urodziny bratanka i chrzest Małej Królewianki, której to będę matką chrzestną. Dzisiaj zaliczyliśmy mszę, byłam u spowiedzi i mam w posiadaniu zaświadczenie, którego nie zawaham się użyć;). Ten tydzień sami i u siebie. I dobrze, trochę odpoczniemy, nadrobimy zaległości no i mam tydzień żeby powoli spakować nas. Wypad do Chorwacji już za tydzień. Muszę spieszyć się powoli, żeby nie pozapominać za dużo rzeczy. Dzisiaj pozwolę sobie na trochę lenistwa, a od jutra bierzemy się w garść;)

Porażka.

Niedawno odezwał się do mnie, na potrzeby tego bloga niech będzie oznaczony literą „P”. Więc, (Nie zaczynamy zdania od: wiec), odezwał się P. Nawet na jego majowe urodziny nie wysłałam mu życzeń, bo zdawało mi się, że na święta nawet nie raczył odpisać na życzenia, założyłam wiec, ze zmienił numer telefonu. Wg niego faktycznie miałam rację i zdawało mi sie;). Jako, że mam nowy tel i przepadły w otchłani zapomnienia archiwa moje, moglo i tak być. Dziwne uczucie wymieniać się schematem standardowych zapytań typu: co ze zdrowiem, jak się żyje? Itp. Szczególnie, że kiedyś, wydawać by się mogło, że w innym życiu, był mi tak bliski. Miał większy wpływ na moje uczucia i samopoczucie niż Piękny przez jakiś czas. Teraz, z miejsca w którym jestem, dziwię się sama sobie, że miałam taką wiarę w niego. Tyle zaufania, mimo potknięć, błędów i intuicji, która mi podpowiadała od początku, że coś jest nie tak. Bardzo, ale to bardzo chciałam, aby to było prawdziwe, nie przekłamane, nie naciągane…, może dlatego, że tak bardzo chciałam, tak długo byłam ślepa i głucha na to co było. To nie był żaden romans, ani inny trójkąt. Nawet nigdy nie widzieliśmy się w tzw rzeczywistości. Ale nie umniejsza to w ogóle tego ile dla mnie znaczył. Był mi drogi. Jest nadal drogi i jestem mu życzliwa…, pretensje mam do samej siebie. Głównie o to, że dałam wiarę, albo uwierzyłam, że może być taki dobry i może zależeć mu na moim dobru. Tak…, bezinteresownie, tak z własnej czystej woli, taki człowiek właśnie dobrej woli, a mi było dane go spotkać na swojej drodze. Czas weryfikuje bardzo dużo, o ile nie wszystko. Słowa to tylko słowa, często rzucane na wiatr, czy może zagłuszające ciszę. Czyny ponad słowami jednak winny być. A i intuicji trzeba słuchać, nawet, a może szczególnie, kiedy wbrew naszym emocjom podpowiada. Mało w ludziach bezinteresowności i miłości. Rzadko o tym zapominam, ale kiedy mi się to zdarzy, zawsze kończy się to przypomnieniem żeby nie dawać za dużej wiary w ludzi. I chociaż P dobrze życzę, jak najlepiej…, lubię i kocham miłością jak człowiek do człowieka, tak wiem, że wcześniej postawiłam go na piedestale i widziałam bardziej ideał, zamiast człowieka, który np błądzi. Postawilam poprzeczkę dla młodego boga, a nie dla człowieka, nie dziwota, że ją strącił. Czy będę podtrzymywać kontakt, nie wiem. Dziwne uczucie, spojrzeć wstecz i widzieć swoją śmieszność, swoje błędy, swoją naiwność, swoją porażkę, bo mimo, że zrobiłam wiele to i tak skończyliśmy tak jak się obawiałam. Może nie całkiem jako obcy, bo dużo wiemy na swój temat…, ale daleko nam do siebie. I najsmutniejsze w tym jest to, że jak kiedyś bardzo się takiego stanu obawiałam, tak teraz nie chcę zmieniać tego . To jest moja porażka niestety. Sama ją sobie i nam przepowiedziałam.

Pierwszy tydzień.

Uff…, pierwszy tydzień za nami, jeszcze kilka przed nami. Było fajnie, chociaż nie było lekko. Mamy różne charaktery, wszystkie trzy. Zdarzało się więc, że trzeba było ugryźć się w język, czegoś nie zobaczyć, albo odpowiednio skomentować. Rozumiem, że dzieci zawsze będą dziećmi, ale niech to będzie w małych dawkach. Lubię być sobie sama Panem i z Pięknym coś ustalać tylko, z Małym Księciem, a nie jeszcze z 5 innymi ludźmi. Cieszę się okrutnie, że jesteśmy u siebie i trochę odpoczniemy od innych. Może szwagierkę z Młodym zaprosimy do siebie na tydzień-dwa, trochę urozmaicony byłby czas. Zobaczymy, czy dadzą się namówić. Mały Książę za to rozjeździł się szalenie. Pierwsza wycieczka już też za nami taka na 27km. Wszyscy obstawialiśmy, że nie da rady i z Pięknym obmyślaliśmy plan awaryjny, a tu zaskoczył nas. Pozytywnie. Odkrywam coraz to nowe ujawniające się cechy charakteru Małego Księcia. Niektóre cieszą, niektóre przyprawiają o wnerw. Nie uważałam jak sobie życzyłam pewnych rzeczy i teraz mam za swoje;). Zazwyczaj się spełnią ale nie tak jak chcieliśmy, strach sobie, czy też innym życzyć;)

Ledwo przekroczyłam próg domu to wpadłam na taras. Ścięłam lawendy i dziurawca. Odchwaszczyłam kwiaty, zasadziłam trawe, która dała mi mama i zerwałam ogórka naszego. Pierwsze zbiory u nas już. Mały Książę pożarł całego, strasznie ogórkowy jest od paru lat. Kwiatki przetrwały (dzięki systemowi nawadniającemu, który wykonał Piękny). Jest dobrze, jutro ogarnę trochę w mieszkaniu i nacieszę się swoim. Fajnie być na swoim. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.