Oliver.

Pamiętam to uczucie zazdrości kiedy to pojawił się. Pamiętam pytania, na które nie chciałam odpowiedzi, ale które nachalnie, w tyle głowy, czy też w podświadomości pojawiały się u mnie. Pamiętam, że nie chciałam się tak czuć i chciałam się cieszyć ich szczęściem i owszem cieszyłam się, ale ta radość była zakrapiane ziarnkiem, a może kilkoma nawet, goryczy. Pamiętam, że zwalczalam w sobie te wszystkie negatywne odczucia i tłumaczenie typu: czy chciałabyś żeby Tobie tak ktoś zazdrościł, nawet wiele zadziałało. Ale chciałam bardzo być na ich miejscu i zazdrość, taka zdrowa, nazwijmy ją inspiracją, żeby walczyć i nie poddawać się, bo jak im się udało to i nam może też. Starałam się więc brać i czerpać z ich szczęścia to co najlepsze i budować na tym swoją własną siłę, a nie wpadać w dołek i zasypywać się za życia. Chciałam być na ich miejscu, te lata temu wstecz. Kilka dni temu, przeglądając najpopularniejszy portal społecznościowy przeczytałam, że Olivier po latach przebywania w szpitalach (przeszczep serca), po latach kuracji, leczenia odszedł z tego świata. Nie jestem nawet pewna czy zdołał podejść do I komunii. Już wcześniejsze czytanie o jego problemach zdrowotnych było czasami traumą dla mnie i niesprawiedliwoscia . Przeczytanie o tym że umarł, było jak cios w serce. I to dla osoby postronnej, dla mnie. Wracają do mnie teraz te chwilę kiedy się narodził, a ja w głębi ducha, chciałam być na ich miejscu. Teraz nikt zapewne nie chce być na miejscu rodziców Oliviera, każdy woli żyć swoim życiem.