Pierwszy tydzień.

Uff…, pierwszy tydzień za nami, jeszcze kilka przed nami. Było fajnie, chociaż nie było lekko. Mamy różne charaktery, wszystkie trzy. Zdarzało się więc, że trzeba było ugryźć się w język, czegoś nie zobaczyć, albo odpowiednio skomentować. Rozumiem, że dzieci zawsze będą dziećmi, ale niech to będzie w małych dawkach. Lubię być sobie sama Panem i z Pięknym coś ustalać tylko, z Małym Księciem, a nie jeszcze z 5 innymi ludźmi. Cieszę się okrutnie, że jesteśmy u siebie i trochę odpoczniemy od innych. Może szwagierkę z Młodym zaprosimy do siebie na tydzień-dwa, trochę urozmaicony byłby czas. Zobaczymy, czy dadzą się namówić. Mały Książę za to rozjeździł się szalenie. Pierwsza wycieczka już też za nami taka na 27km. Wszyscy obstawialiśmy, że nie da rady i z Pięknym obmyślaliśmy plan awaryjny, a tu zaskoczył nas. Pozytywnie. Odkrywam coraz to nowe ujawniające się cechy charakteru Małego Księcia. Niektóre cieszą, niektóre przyprawiają o wnerw. Nie uważałam jak sobie życzyłam pewnych rzeczy i teraz mam za swoje;). Zazwyczaj się spełnią ale nie tak jak chcieliśmy, strach sobie, czy też innym życzyć;)

Ledwo przekroczyłam próg domu to wpadłam na taras. Ścięłam lawendy i dziurawca. Odchwaszczyłam kwiaty, zasadziłam trawe, która dała mi mama i zerwałam ogórka naszego. Pierwsze zbiory u nas już. Mały Książę pożarł całego, strasznie ogórkowy jest od paru lat. Kwiatki przetrwały (dzięki systemowi nawadniającemu, który wykonał Piękny). Jest dobrze, jutro ogarnę trochę w mieszkaniu i nacieszę się swoim. Fajnie być na swoim. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.