Z dwojga złego wybieram stanowczo dawanie niż bycie obdarowywanym. Nie jestem jakoś bardzo wymagająca i potrafię cieszyć się ze wszystkiego, szczególnie jak ten prezent jest spersonalizowany. Najmilej wspominam włóczkę do robienia na drutach, które kiedyś sprezentowała mi żona mojego brata. Ale jak dostaję prezenty całkowicie wbrew moim zainteresowaniom, a nawet działaniom- tak cieszę się bardzo, że od paru lat prezenciory dajemy tylko dzieciom. Oczywiście cały proces wyszukiwania i zakupienia prezentu przypada mi w udziale. I teraz co tu kupić, gdy w pokoju dziecięcym jest prawie wszystko, a na półkach sklepowych wszędzie panująca chińszczyzna. Problem częściowo rozwiązuję dając coś co sama robię. I tak właśnie skończyłam szyć 5 (słownie: pięć) sztuk spódniczek, 1 (słownie: jeden) komin i 1 (słownie: jedną) czapkę. Większość w deseń moro, co mam nadzieję przypadnie im do gustu. Teraz tylko wykończę i doprawię sałatkę, zapakuję prezenty, przyszykuję sobie produkty na robienie z rana krokietów i pierników i resztę nocy będę udawać, że śpię martwiąc się jak to wszystko zgrabnie ogarnąć z gadziną przez najbliższe dni i nie dać jej zwariować. Przy okazji pomyślę też żeby samej nie dać się zwariować, mam nadzieję, że mi się uda.
Nastrój iście świąteczny.
W ramach zapewnienia sobie atrakcji udałam się dzisiaj do hipermarketu. Tak dla rozrywki, żeby poczuć się jak w westernie w samo południe przy okazji pojedynku. Faktycznie to już święta. Widać to po twarzach ludzi, wnerw niesamowity, warczenie na innych, potrącanie się i ogólna nerwowość, stres, w niektórych przypadkach zagubienie w tym burdelu graniczące wręcz z lamentem albo co najmniej płaczem. Święta w pełni:). O dziwo szłam obok tego, a nie z nurtem. Nie włączyłam się do ogólnej akcji pod kryptonimem: zadeptać, byleby jak najszybciej wyjść ze sklepu. Byłam oazą cierpliwości i wyrozumienia. Wróciłam do domu, zajrzałam do gada. Mąż zapytał się mnie o prezenty. Ubzdurało mu się coś, że jego chrześniakowi nie dajemy prezentu. Już przy okazji Mikołaja mieliśmy na ten temat rozmowę i wydawało mi się, że temat zamknięty, a tutaj powtórka tematu. Zaczęłam odpowiadać…, chyba on był ze mną mentalnie na tych zakupach bo jak nie ryknął na mnie, jak nie krzyknął…,tak szlag trafił moją oazę i wyrozumiałość. Zdecydowanie święta tuż za drzwiami:) Taki nastrój w domach może być tylko przy okazji świąt:))
3,2,1
3,2,1.. święta. Odliczanie czas zacząć. Na ostatniej już prostej. A my dzisiaj z Małym Księciem będziemy robić pierniczki. Poproszę o dużą dawkę cierpliwości. Mężo wyjechało mi na tzw. Wigilię firmową i korzystając z tej błogiej chwili samotności łupałam orzechy, przy niebieskiej poświacie telewizora. Od poniedziałku sumienie, a raczej gadzina nie pozwala mi spać. Siedzę/leżę i myślę …”dycha, czy nie dycha”. Takim to sposobem usypiam na siedząco co 5 minut, nawet nie na 5 minut;) Daję sobie jeszcze tydzień żeby przyzwyczaić się do nowego członka rodziny, jak nie będę spała snem sprawiedliwym do tego czasu, to poproszę terapię wstrząsową jakąś, bo nie wytrzymam dłużej bez przyzwoitej dawki snu. Spać, albo nie spać…oto jest pytanie.
I życie się zmienia…
Od paru dni trwa wzmożona promocja, stad moja skrzynka pocztowa wzbogaciła się o ciekawe hasła:
„Zapraszamy na magię prezentów”
„Oszołom i życie się zmienia”
„Więcej na radość z życia”
„Biedronka smakuje świętami”
A ja tu biadolę i narzekam, że ciężko lekko żyć…,wystarczy udać się do sklepu i tam znajdzie się wszystko, czego tylko dusza i ciało potrzebuje. A mówią, że szczęścia nie da się kupić;))
Made in china.
Na przełomie listopad-grudzień świat obiegła wiadomość o pierwszych genetycznie zmodyfikowanych bliźniakach. Założenie było takie, aby dzieci były odporne na wirus HIV. Chiny to w dużej mierze dla mnie jak i Rosja, „to nie kraj, to stan umysłu”. Oczywiście jak to bywa z apetytem, rośnie w miarę jedzenia. Zaczęło się od wirusa HIV…nie chcę myśleć na czym się skończy. Jestem bardzo sceptycznie nastawiona do tego projektu…,bardzo. Mam nadzieję, że tutaj motorem tego wszystkiego były dobre chęci, ale jak stare porzekadło mówi, dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Moje przeczucie/intuicja czy zwał, jak zwał, podpowiada mi, że to nie może się dobrze skończyć. Gdy już taka machina poszła w ruch…zbudujemy sobie piekło na ziemi. Pocieszam się, że piekło to nie będzie za mojego pokolenia, ani pokolenia Małego Księcia. Może to czarnowidztwo, może się mylę, obym się myliła. Po raz pierwszy w życiu szczerze i bardzo silnie chciałabym się mylić i żeby moje złe przeczucie nie spełniło się za żadnego pokolenia. Jednak jak na moje oko, niesiemy światu, a raczej nam samym, zagładę tak…, czy inaczej.
Miejsce.
Mąż po obejrzeniu gadziny powiedział coś w deseń: „teraz jak jeszcze zwierz doszedł, to już w ogóle jestem na szarym końcu”. Niby żart, ale od razu przypomniała mi się scenka jak przy okazji jakiegoś spotkania rodzinnego, w tym samym czasie zwracali się do mnie i mąż, i Mały Książę. Skutek tego był taki, że ani jednego, ani drugiego nie zrozumiałam. Chcąc uciszyć i jednego i drugiego zwróciłam się do męża: „cicho, bo nic nie słyszę”. Na to mąż zaskoczył mnie i pozostałe towarzystwo, które wybuchnęło śmiechem, słowami: „co cicho, co cicho, to kto jest ważniejszy?”. Wówczas zaś przypomniały mi się sytuacje jak będąc dzieckiem byłam stawiana pod murem i ciocie/wujkowie strzelali do mnie nabojami pod tytułem „kogo kochasz bardziej: mamę, czy tatę?”. Za dziecka będąc już zaznajomiona z dyplomacją nabierałam wody w usta. Przynajmniej dzisiaj żaden z rodziców mi nie wypomina odpowiedzi na tego typu pytania, przy okazji spotkań rodzinnych;)) Na dzień dzisiejszy podaruję sobie dyplomację. U mnie jest jedna możliwa odpowiedź bez alternatyw i wyjątkowych sytuacji. Hierarchia wygląda następująco: Mały Książę>Mąż>członkowie rodziny (z zastrzeżeniem, że rodzina to nie tylko więzy krwi, czasami więcej z rodziny znajdziesz w przyjacielu/znajomym)>a na koniec wchodzę ja cała ubrana na biało. Tylko teraz zabił mi ćwieka…, gdzie w tym umiejscowić gadzinę…
Drzewko szczęścia.
Wszystkie ozdoby na choinkę robione były przeze mnie. Bombki w koronki, wstążki, brokaty itp. Naturalne szyszki pomalowane, albo i nie no i serduszka/gwiazdki zrobione z masy sodowej. Nieprzesadnie i na pewno nie na bogato. Na dniach przyjdzie nam z Małym Księciem dorobić masy sodowej i wycinać serduszka i gwiazdki itp. bo duża część nie wyszła cało z jego wczorajszej np. bitwy z wrogiem. Wróg, jak rozumiem naturalny chociaż sztuczny, to oczywiście rzeczona choinka. I tak dosyć ciekawie w tym roku wygląda bo Książę postanowił w tym roku ją udekorować i tak mamy np. zawieszone na nim: zielony sznurek do prania, wędka, tygrysek-maskotka, nóż piracki wbity w gałęzie, poustawiane samochodziki małe i duże, medal zdobyty w jakiś zawodach z przedszkola, naklejki „dzielny pacjent” suweniry po odbytych chorobach, czy też szczepieniach…ale najlepszym elementem który podbił moje serce, a na pewno dźgnął serce choinki- jest miecz JEDI. Ma on opcję świecenia albo na niebiesko, albo na czerwono…,jak tak zapali mi ten miecz przebijający naszą choinkę to muszę przyznać, że w tym szaleństwie jest jakaś metoda;), zgrabnie się komponuje z lampkami. Komponuje się na tyle dobrze, że choinka nagle staje się wrogiem. Jak to niewiele potrzeba dziecięciu do szczęścia;). Patrząc rano pod choinkę muszę upewnić się, czy my na pewno mamy ją sztuczną, bo tak się z niej sypie jakby jednak była żywa. Ale po takich bitwach to, aż dziw bierze, że jeszcze stoi. I tak, u nas już stoi choinka od Mikołaja, ale my już np. po tzw. wizycie duszpasterskiej…u nas to z wyprzedzeniem idzie jakoś;)
Nie dawaj gadziny w prezencie.
Zacznijmy od tego, że warunków dla gadziny to nie posiadamy. Mieszkamy na dzień dzisiejszy i na najbliższą przyszłość w bloku. Ja i Mój Mały Książe z wielką przyjemnością przygarnęlibyśmy sobie jakiegoś kotka np. ale szanowny małżonek jest przeciwko temu. O większej gadzinie, typu pies to nawet ja nie chcę słyszeć. Już wystarczy mi wycie psa nad nami. Zamknięty przez cały dzień w domu, kiedy to właściciele są w pracy, wyje do ścian ku wielkiej uciesze sąsiadów. Psy, w przeciwieństwie do kotów, potrzebują więcej przestrzeni, wybiegania się, ruchu- takie zamknięcie myślę, że źle na nich wpływa. Przynajmniej te psy o których ja myślę, bo te małe takie ozdobno-kanapowe…to jakoś do mnie nie przemawiają. Warunki mamy zatem niesprzyjające. Ale…jakieś terrarium i w niej jakaś gadzina, czemu nie. Padła decyzja z rodziną, że jako prezent dla Małego Księcia, dostanie od nas właśnie gadzinę. Jak widać nie jestem przeciwna dawaniu w prezencie zwierzęcia. Potrafię docenić ten dar i nigdy w życiu nie przyszłoby mi do głowy pozbywać się go jak przyjdzie czas i mi się znudzi. Świadoma jestem też, że obowiązki dbania o gadzinę spadną na mnie. Młody Książe jest za mały na to- wiadomo, że w pierwszych dniach będzie się do tego wyrywał, ale jak zainteresowanie mu przejdzie to pamięć nagle stanie się mocno wybiórcza- i też zdaje sobie z tego sprawę. Przybędzie więc mi towarzysz, obowiązek, ale czy to taki wielki obowiązek? Nie wydaje mi się, chociaż doświadczenie być może pomoże mi zmienić zdanie. Natomiast…w przyszłości, jak będziemy dysponować większą przestrzenią, marzy mi się pies i kot…byleby nie żyli ze sobą jak pies z kotem. I tutaj przemawia do mnie jedna kampania społeczna- nie kupuj -adoptuj. Żadnych szlachetnie urodzonych z rodowodem i lepszą krwią krążącą w żyłach od mojej ubogiej w żelazo. Zwykły dachowiec, zwykły kundel (tylko z tych większych, lubię duże psy). Tymczasem…jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Dzisiaj jadę po gadzinę. Rodzina powiększy się nam o kameleona. Ale kropla drąży skałę! Jeszcze przekonamy z Małym Księciem małżonka do gadziny:)
Zapisane na przyszłość.
Jak babcie kocham na przyszłość sobie zapiszę, żebym nie zapomniała, wyjeżdżać na święta byle gdzie, byle nie byle z kim, byle na długo, byle jak byle wyjechać tak! Na całe szczęście święta, i co za tym też idzie za sprawą dzisiejszego telefonu czas okołoświąteczny, ratuje brat z rodziną. Moi jednak nie będą sami. Napisać, że mi spadł kamień z nerki- to napisać za mało. Czuję się jakby mi co najmniej 10 kg stresu ubyło, nie będę jednak kusić losu i mierzyć się z wagą. I jeszcze zamiast wilgoci jest przeszywający mróz. Wszystko zmierza w dobrym kierunku. Kto wie…jeszcze może będę kolędować jak tak dalej pójdzie…
Cierpliwości…
„Boże…podaruj mi cierpliwość, byle nie siłę, bo ich wszystkich….” – od paru dni, jak nie tygodni, mam okrutne braki w cierpliwości. Drażnią mnie święta i to zamieszanie z nimi związane, drażnią mnie prezenty kupowane..byleby coś kupić, najlepiej drogo… drażni mnie rodzina i ich planowanie, drażni mnie zbyt duże prawdopodobieństwo, iż moi będą sami w Wigilie, chociaż robię co mogę, ale rozdwoić się jeszcze nie jestem w stanie, może w przyszłym roku osiągnę ten stan. Drażnią mnie w domu, poza nim- drażnią mnie nawet sny…ale nade wszystko drażnię siebie sama ja z tym nerwem. Koło zamknięte. Perpetum mobile- sama się napędzam i nie ma nikogo kto mógłby zatrzymać tę destrukcję. Święta…jeszcze się nie zaczęły, a wyczekuję już ich końca, wtedy mam zamiar skupić się na oddychaniu. Na razie wstrzymuję dech, aby tylko przeżyć.