Spacer.

W ramach przeciwdziałania migrenie (nadal ćmi, ale już jestem bardziej zdatna do życia) wybrałam się na spacer. Nikt nie chciał mi towarzyszyć, ale co tam, pomyślałam sobie, „mniej znaczy czasami więcej” i przystąpiłam do ubierania. Nim przestąpiłam próg mieszkania wydawać by się mogło, że na oko przybrałam jakieś 10 kg, co z moim wzrostem jest małym wyczynem:)) Zastałam pluchę, wilgoć przenikającą wszystkie moje warstwy ubrania i zamiast uroczo opadającego w tańcu śniegu, prosto padający zimny deszcz. Zdecydowanie wolę mróz, skrzypienie pod ciężarem mojego ciała śniegu i szczypanie w nosie od powietrza. Wróciłam do domu mokra (uroki sztucznego syntetycznego materiału), ale za to z lżejszą głową. Na dzisiaj musi mi to wystarczyć, niebawem bowiem zacznie się pora na dorzucanie do pieca, a że nie wszyscy ogrzewają się gazem w domkach jednorodzinnych, to też i czystość powietrza zostawia wiele do życzenia, szczególnie, że domków przybywa jak grzybów po deszczu. Ciężko o spacery w sezonie grzewczym. Znajomy męża żartuje, chociaż jest to tak zgodne z prawdą i realiami, że kiedyś siedziało się wieczorami przy kominku, teraz siedzą z rodziną przy oczyszczaczu powietrza.

Moja łeb!!

Są takie dni, kiedy już przed wstaniem z łóżka człowiek wie, że to nie będzie jego najlepszy z dni. Dzisiaj jest taki dzień…, chociaż nie ma też co psioczyć na dzień przed zachodem słońca. Od wczoraj, a być może od przedwczoraj pukała mi w próg migrena. Niestety należę do tych szczęśliwców co to miewają migreny, takie z prawdziwego zdarzenia. Z mruczeniem w porcelanę włącznie, o ile na czas nie zareaguję i trwająca przeciętnie 3 dni, o ile też wcześniej nie zareaguję. Niestety zarywanie nocek, poddenerwowanie i jedzenie śmieciowe tak procentuje w moim przypadku. Na razie żyję, ale zobaczymy jak potoczy się to dalej. Mam nadzieję, że tableciory dadzą radę, bo nie uśmiecha mi się mieć wycięte 3 dni z życiorysu, szczególnie kiedy śniegu napadało i Mały Książe doczekawszy się białego puchu, przypomina mi się o sankach i lepieniu bałwana. Kobieto, puchu marny! to nie czas na ból głowy.

 „Wystarczy tylko się uśmiechnąć by ukryć zranioną duszę, i nikt nawet nie zauważy, że cierpisz”. Cała prawda. Bardzo rzadko pozwalamy sobie na bycie szczerym. Sporadycznie jesteśmy szczerzy, aż do bólu, często też okłamujemy samych siebie, niekoniecznie w złej wierze. Często słowa które mamy na myśli przekształcają nam się nie do poznania w tej krótkiej drodze zanim padną z ust. Często zamiast łez, smutku i przygnębienia na twarzy maluje nam się mniej, lub bardziej szczery uśmiech i zwyczajowe zwroty coś w deseń: „w porządku”, „stara bieda”, „jest ok”. I to wystarczy, to aż nadto. Tak łatwo nas zmylić, omamić, zwieść, odwrócić naszą uwagę. Albo tak mało nas to interesuje. Uśmiech nie opuszcza mnie więc od lat. I to wystarczy. Tak mało, a często aż za wiele:))

Felek.

Tak nazwał gadzinę Mały Książę. W przelotach zwany jest Felkiem Chrupielkiem:)). I ten oto Felek przyprawił mnie wczoraj prawie o zawał. Wróciliśmy z Sylwestra połączonego z podwójnymi urodzinami Małych Królewianek. Nie było nas pół dnia i całą noc. W pierwszych krokach udałam się do Felka. Wszystko miało być w porządku, wyszło jak zwykle. W pierwszej chwili myślałam, że Felek opuścił już świat istot żywych. Od płaczu powstrzymywała mnie jedynie obecność Małego Księcia, nieświadomego toczącego się wewnątrz mnie dramatu graniczącego z histerią pod tytułem „o pani lekkich obyczajów, noż pani lekkich obyczajów!”. Powoli zaczęły ukazywać się jednak minimalne oznaki życia. Potrzebował 3-4 godzin, żeby zarzucić ten stan hibernacji w jakim go zastałam, na rzecz normalnej aktywności. Nie mam pojęcia do teraz co tego było przyczyną. Dzisiejszą noc sponsoruje mi Felek Chrupielek i doglądanie czy wszystko z nim w porządku. Komu potrzebny jest sen…,sen jest przereklamowany:))

Uff 2019.

Nie robię planów, nie wyznaczam celów. Wezmę wszystko co mi życie zaoferuje, a nawet  więcej. Jakiś czas temu doszłam do wniosku, że człowiek nie zna siebie samego i nie wie do czego jest zdolny i jakie decyzje może podjąć pod wpływem chwili/okoliczności/warunków/stanu zdrowia czy ducha, czy też masy innych jeszcze czynników. Nie raz było, że zaskoczyłam samą siebie i to wcale nie jest powiedziane, że pozytywnie. Z boku, tak  na zimno prowadząc teoretyczne dialogi czy też wewnętrzne spory mogę zakładać jak zareagowałabym, ale życie zweryfikowało niejeden raz te moje założenia i niekoniecznie się pokrywały:)) Życie, nie raz mnie zaskoczy, a i sama siebie też zaskoczę pewno jeszcze nie raz. Tak to już jest. No to panuj nam 2019, zobaczymy czym Ty mnie zaskoczysz:)) Oby Cię przeżyć jakoś!

 

Trzcina na wietrze.

Blaise Pascale tym stwierdzeniem pocieszał mnie nie jeden, nie dwa, ani nie trzy razy w życiu. Niezliczoną ilość razy, powtarzałam jak mantrę „jestem trzciną na wietrze”. Wiatr wiał też nie raz, nie dwa, ani nie trzy razy w moim życiu. Nagiął, wygiął, potargał, obłocił, ale jednak nie złamał. Być może to jeszcze będzie miało miejsce, bo nie wątpię, że zerwie się wiatrzycho o różnej sile i czasie trwania. Jestem jednak trzciną na wietrze…”najsłabszą na wietrze, najwątlejszą w przyrodzie, ale trzciną myślącą”… jestem!

Szczęście…

Nie pamiętam kiedy ostatnio śmiałam się tak bardzo i nie do powstrzymania, że aż rozbolał mnie brzuch. Zapewne będąc jeszcze nastolatką. W drodze do tak upragnionej dorosłości, między jednym a drugim wdechem, między jednym a drugim krokiem, między jednym „to nie wypada”, a drugim „co ludzie powiedzą”, między „byciem dojrzałą”, a drugim „bycie dziecinną” zarzuciłam niepohamowaną radość na rzecz równowagi, czy też umiaru. Teraz patrząc na Małego Księcia, na jego dzień, widząc tą jego radość, szczęście, zachwyt, dostrzegam jak moje życie jest ubogie w proste emocje. Jak wiele czasami trzeba żeby być chociażby zadowoloną. Przebywając z Małym Księciem dostrzegam dzięki niemu to co dla niego widoczne jest gołym okiem. Udziela i mi się cząstka tej radości z życia dla samego życia, doceniania małych oczywistych rzeczy. W nocy gdy śpi snem sprawiedliwym i gdy nawiedzają go sny, często budzi mnie jego śmiech. Chwilo trwaj boś piękna. Nie stawaj się za prędko dorosły Mały Książę, dorosłość chociaż tak wyczekiwana za dziecka, jest mocno przereklamowana.

Znowu wilki.

Od kilku lat krąży po necie przypowieść z założenia mądrość tzw. indiańska. Nie wiem na ile w tym prawdy, a na ile Wikipedii…, ale nie przeszkadza mi niepewne źródło, zresztą nawet nie starałam się tego źródła ustalić. Jak dla mnie może to być bajka nawet. Ważne, że dla mnie jest piękna:

Pewien stary Indianin Cherokee nauczał swoje wnuki. Powiedział im tak:
– Wewnątrz mnie odbywa się walka. To straszna walka. 

Walczą dwa wilki:

Jeden reprezentuje strach, złość, zazdrość, smutek, żal, chciwość, arogancję, użalanie się nad sobą, poczucie winy, urazę, poczucie niższości, kłamstwa, fałszywą dumę i poczucie wyższości.

Drugi to radość, zadowolenie, zgoda, pokój, miłość, nadzieja, akceptacja, chęć zrozumienia, hojność, prawda, życzliwość, współczucie i wiara.

Taka sama walka odbywa się wewnątrz was i każdej innej osoby.

Dzieci myślały o tym przez chwilę, po czym jedno z nich zapytało:
– Dziadku,  a który wilk wygra?
– Ten, którego nakarmisz – odpowiedział stary Indianin.

 

Chciałabym być takim człowiekiem, który karmi tylko drugiego wilka. Niestety z całą pewnością nie jestem. 

Sny.

Prześladują mnie 3 sny. Od lat powtarzają się z mniejszą, czy też większą częstotliwością. Nie wiem od czego są zależne i co je wywołuje z czeluści mojej duszy. Zakopane, zasypane, zapomniane, wydzierają się niekontrolowaną nocą i żądzą się swoimi prawami. Jeden z nich jest szczególny. Jest jak kotwica opuszczona w konkretny dzień i konkretne zdarzenie. Zawsze budzę się we łzach i pełna nadziei, że gdy moja głowa położy się na poduszce nawiedzi mnie inny sen. Zawsze jest kontynuacja. Ta niemoc, rzucona na niełaskę mojej podświadomości miotam się w moim własnym prywatnym koszmarze. Budzę się i oddycham z ulgą, że to tylko sen. Ale gdzieś z tyłu głowy przez cały dzień kołacze się natrętna myśl. Kiedy znowu wypłynę za daleko w otwarte morze beztroski, kiedy stracę czujność, kiedy znowu moja własna kotwica ściągnie mnie na dno. Bo przyciągnie…, jedyna rzecz której jestem pewna. Będzie ściągać mnie do końca moich dni i jeszcze jeden dzień dłużej.

Wesołych

 No i zaczęło się. Pozostaje mi tylko mieć nadzieje że w tym szaleństwie jest metoda. Wszystkim i każdemu z osobna życzę nade wszystko cierpliwości i wyrozumiałości. Nieskończone pokłady spokoju, odrobiny zwolnienia i wytchnienia. Zdrowia też nie żałuję nikomu, tylko życzę w pełni. Żeby święta, i my sami, wyglądały tak zgrabnie, schludnie, szczęśliwie i błogo, jak na tych wszystkich zdjęciach umieszczanych na wszelakiej maści portalach społecznościach. Świąt jak z obrazka!