Skarżyłam się na lenistwo, na obijanie się o swoje własne „nie chce mi się”. To wywołałam wilka z lasu. Tylko, że to nie wilk, to jeszcze gorzej. Jedna z najtrudniejszych chwil do przeżycia w domu. Mąż mi zachorował. Nie jest tak tragicznie jak to w tych dowcipach o chorych, umierających mężczyznach przy temperaturze 36,7. Za to Mały Książę wykazuje bardzo niepokojące skłonności właśnie do takiej postawy. Mam nadzieję, że jak dorośnie to wyrośnie z tego. Zaczęło się od męża, przetoczyło na Małego Księcia, a mały Książę przy okazji dnia babci i dziadka, jak na wzorowego wnuczka przystało, podzielił się ze wszystkim czym miał z babcią i dziadkiem. Ostatnimi czasy nawiedzała nas bratanica w week, ale w takim stanie stężenia zarazków w domu, na pewno nie będziemy jej gościć. I takim to sposobem na horyzoncie czuwających, ludzi od podawania, przytulania, głaskania, donoszenia, wycierania, przecierania i wszelkiej różnej maści -ania, zostałam się ja jedna. Nie mam czasu na chorowanie, rozważę tę opcję jak już moi mężczyźni wrócą do stanu używalności. Na razie dnie i niestety noce też, jestem dyżurną pielęgniarką. Idę napić się następnej kawy (nie wiem która to już), żeby być bardziej zdatną do przeżycia.
Styczniowo.
Prokrastynacja pełną parą. Na maksymalnym poziomie, a nawet o jedną miarę wyżej. I na nic zdają się zaklinania, wyliczania, mobilizacja, szantażowanie, tłumaczenie i proszenie. Nie mogę ruszyć. Odwlekam, przewlekam, odkładam. Kombinacji-wariacji pełen wymiar. Prawdopodobieństwo porażki rośnie z każdym dniem, a ja nadal tkwię w punkcie martwym. Co dzisiaj znaczy praktycznie tylko tyle, że się cofam. Potrzebny mi porządny kopniak na rozpęd, ale sama nie potrafię się kopnąć, ograniczają mnie niejako kolana. Nastrój umiejscowiłabym gdzieś w okolicach dna. Chęci i siły, poniżej poziomu morza. Jak tu zacząć, jak ruszyć z miejsca? Pomyślę o tym jutro. Powinnam na przełomie styczeń-luty być w pełni zmobilizowana, zwarta i gotowa. Powinnam być pewna i silna. Jestem słaba i mierna. Marność nad marnościami. Źle to widzę!
Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam.
Od paru dni pławię się w towarzystwie Małego Księcia. Przytulam, buziakuję i jeszcze raz przytulam. Potrzebuję tego teraz bardziej niż on sam. Spirala nienawiści, dyskryminacji, zawiści, nietolerancji i innych pokrewnych temu uczuć wyciąga ze mnie siły, nadzieję i wiarę. Wiarę w ludzkość. Nadzieję znajduję w najbliższych. Od nich i dla nich czerpię siłę. Zacieśniam nasz własny krąg rodzinny, uszczelniam i chronię. Nie podejrzewałam nawet, że w ludziach takie siły zła drzemią i wyrywają się niekontrolowane by kąsać każdego kto się nawinie pod zęby, oczy i ręce. Nie chcę kręcić się w tym świecie, bo on oszalał. Wysiadam. Wolę przytulić się szczelnie do mojej rodziny i nie dopuszczać zarazy świata w nasze progi.
Następne ku pamięci.
Gdy dziewięciolatka, z którą jadę samochodem i podśpiewuję na cały głos „barachło”, jak to zwykł mówić mój osobisty małżonek na muzykę zapuszczaną w radiu, zwraca do mnie się słowami „nigdy w życiu nie zapomnę” i to co drugie zdanie, między innymi wtedy właśnie napada mnie pragnienie, aby dzieci pozostały dziećmi na zawsze. Bratanica, jeszcze dziecko, dziecko tak niewinne, szczere w wypowiadaniu swoich myśli, swoich zdań, swoich przygód. Patrzące z ufnością w innych i pozwalające rządzić się emocjami. Dobrze robią mi takie spotkania. Pozwalają wypaść z tego huraganu zależności, pretensji, dobrych manier zwanych wychowywaniem i dostrzeżenie w moim Małym Księciu człowieka. To tylko/aż człowiek. Ma prawo do swojego zdania, odmiennego zazwyczaj do głoszonego przeze mnie. Ma prawo do emocji, ma prawo być zły, zdenerwowany, potrzebujący, czy najchętniej przeze mnie widzianym -szczęśliwy. To nic personalnie wymierzonego przeciwko mnie. To jego prawo. Chcemy aby latorośle wyrosły nam na samodzielnych, myślących i dobrych ludzi. A wbrew temu, czego sami pragniemy, tłamsimy ich samodzielność i wskazujemy jak mają myśleć. Tworzymy klatkę z utartych „tak nie wypada”, „to się nie godzi”, „tak się nie robi”. Wiążemy im ręce, nogi, zasłaniamy usta i oczy. Z wygody, z utartych schematów, z braku sił ograniczamy ich, jak ograniczano nas w przeszłości i jak ogranicza się nas w dalszym ciągu, na każdym kroku. Człowiek niby wolny, a ciemiężony od dnia narodzin, albo i wcześniej. Niektórzy rodzą się z gotowym już planem na całe życie. Tylko, szczegół taki mały, to nie jest ich plan tylko rodziców. Rodzicu! (piszę tutaj do siebie samej ku pamięci) nie ograniczaj Małego Księcia. Nie zepsuj go, świat i tak znajdzie pokrętną drogę do zepsucia go, Ty od siebie nie dokładaj nic, a nic:) Pozwól być mu sobą, nawet jeżeli chciałabyś inaczej.
Cykady na dzień i na noc.
Karmówka Felka-Gargamelka, przynajmniej ostatnia dostawa, umila nam dnie i noce. Poprzednie świerszcze, bo o nich mowa, nie cykały. Od paru dni jest gwarno i głośno w pokoju Małego Księcia. Na tyle, że mamy problem z usypianiem. Cykady są piękne, głośne, dźwięczne i zawsze mi się miło kojarzyły. Jak zamykam oczy niemal zapominam, że to tzw karmówka dla Felka i przenoszę się w pola pełne łanów zboża, kurzu polnych dróg i zapachów z bogactwa ziemi. Cykady na Cykladach. I wszystko to, i więcej, za sprawą karmówki. Życie, to pies rodzaju żeńskiego:(
Akcja dzik.
Od paru dni zrobiło się dosyć głośno o tej gadzinie. Na najpopularniejszym portalu społecznościowym dziki patrzą na mnie spod byka ze zdjęć profilowych moich znajomych. Nie przypuszczałam nawet, że tylu z moich znajomych są dzikami, bo teraz każdy kto chce, może być dzikiem. Dziwne. Ruch masowy, prawie jak rewolucja. Od razu odzywa się we mnie podejrzenie, że jest to dyskretnie rozproszona mgła, żeby ukryć przed wzrokiem ludzi coś innego. O dziki takie powstanie? Spodziewam się akcji pod kryptonimem „adoptuj dzika” w najbliższym czasie. Jest też druga strona tego dzika. Populacja dzików w ostatnich latach dosyć mocno urosła w siłę. Z racji tego wychodzą dalej poza swoje terytorium, które, swoją drogą, jest im zabierane przez ludzi. Ludzie wchodzą w lasy coraz bardziej, budują się, karczują, zmieniają ziemie rolne na budowalne i przystosowują dla siebie. A gadzina ma się pomieścić na coraz to bardziej okrajanej powierzchni. Dziki chcąc, nie chcąc, muszą wyjść do ludzi. I wychodzą. Na ten przykład kilkanaście dzików z małymi dzień w dzień towarzyszy mężowi w pracy. Dobrze, że oddziela ich siatka, bo mogłoby być to spotkanie o ciekawym przebiegu. Ludzie w swej niepojętej bezmyślności, nie mylić z dobrocią, rzucają im różnego rodzaju pokarmy, co gwarantuje tylko to, że dziki zostaną na miejscu i będą oczekiwać pokarmu cały czas. Dziki…, dokarmiać dziki, które z definicji są zwierzętami dzikimi. Ciekawe czasy. Ciekawe co zrobią jak im tego pokarmu zabraknie któregoś dnia. W tamtym roku prawie płakałam razem z pewną rolniczką, która nie mogła przeżyć, że dziki weszły jej w pole i w przeciągu jednej nocy pożarły wszystko co ona zasadziła i przez miesiące pilnowała, pieliła, nawoziła, by, gdy przyszedł okres zbierania plonu jej ciężkiej pracy, dziki wparowały ze swoimi pustymi żołądkami i zjadły. Wiadomo, gadzina musi jeść. Co za tym idzie? Odszkodowanie. Niszczą, bo zjeść muszą, taka ich natura, a z naturą nie wygrasz. Wychodzą z lasów, bo lasy są dla nich powoli za małe przy ich liczbie. Strach od jakiegoś czasu wejść w las, bo dzików jest dużo, a ja jednak przed tą gadziną mam respekt. To nie pluszowa zabawka przytulanka, ale dzikie zwierzę. Wychodzą na ulice miast, przyciągane koszami do śmieci i resztkami jedzenia np. Do Warszawy nie dojdą na szczęście, więc najwięksi „celebryci” nie staną z nimi twarzą w ryj, ale przynajmniej z braku dzików w stolycy, mogą pośpiewać sobie o nich, bo plotka głosi, że została spisana pieśń o dzikach.
Odbiór.
Odbiór przez literki jest ciekawy. Brak mimiki, ekspresji, natężenia tonu głosu, mowy ciała itp. sprawia, że mamy bardzo skąpą wiedzę na temat osoby z którą piszemy. Jeszcze przez to wszystko nakładamy swoje własne doświadczenia, a percepcja jest tak różna, jak każda pojedyncza jednostka człowieka. Ja sama łapałam się nie raz i nie dwa na tym, że w pierwszy ba! nawet w drugim czytaniu jakiegoś wpisu, czy komentarza widziałam zamiast np.: „no” , „nie”. Niby różnica mała, ale czasami w zdaniu kolosalna. Mózg i procesy w nim zachodzące, często mnie zaskakują, a od zawsze ciekawią. Ostatnio zdarzyło mi się usłyszeć dwie opinie na mój temat, mające tyle wspólnego ze mną co prawda z mijaniem się z nią. Jedno zabawne, mianowicie, że piszę w stylu ojca pewnej osoby. Nie powiem, ale porównanie do starszego, szanownego Pana, jakimś dziwnym trafem do mnie przemówiło, ubawiło, rozczuliło, a na pewno w dużym stopniu poprawiło humor. Drugie stwierdzenie, iż mam najwyżej 25 lat, sprawiło, że spojrzałam na siebie jak na niedojrzałą emocjonalnie, infantylną dziewoję. Wydający taką opinię zastrzegł od razu, że to nie o to chodzi, ale nie potrafił sprecyzować czemu taką właśnie ma na mój temat opinię, co o ironio jeszcze bardziej mnie w tym utwierdziło. Daleko mi do starszego Pana. To, że jestem kobietą to fakt niezaprzeczalny, który to fakt może potwierdzić nieliczne grono osób. To, że nie mam 25 lat to też fakt. Pesel zaczyna mi się od 79, więc w tym roku osiągnę status ryczącej czterdziestki.
Myśli tylko dla siebie.
Lubię ten stan. To też nie tak, że jakoś specjalnie się z nimi chowam i kryję. Rodzina bliższa i dalsza, nawet, a być może szczególnie bliscy, z którymi obcuję na co dzień najzwyczajniej w świecie nie zadają mi pytań w deseń „co myślisz?”. O przepraszam, przez zaniedbanie bym okłamała, mąż dosyć często zadaje mi to pytanie. To jeden, jedyny wyjątek:) To nic, że często zamiast na jakiś egzystencjalnych rozważaniach zostaję przyłapana na dylematach typu: czy kosz na brudne rzeczy jeszcze przyjmie do swojego bogatego wnętrza trochę brudu, czy trzeba mi załączyć pralkę:) Nie przeszkadzają mu takie trywialne myśli w ogóle. Nadal wykazuje zainteresowanie mną nie tylko jako żoną, ale jako człowiekiem, jako kobietą i interesują go do dziś moje myśli. Ale to wyjątek zaledwie, który czyni regułę. Trochę bawi mnie myśl ile osób naprawdę mnie zna, a ile osób zadeklarowałoby, że mnie zna. Nie tak pobieżnie, z pozorów, czy też z założenia. Te właśnie założenia są najlepsze. Zakładają coś na mój temat, a ja nie wyprowadzam ich z błędu. Powinno mnie, być może, to smucić, że tak mało osób w moim najbliższym otoczeniu zna mnie tak naprawdę i moje myśli. Nie ciekawią ich, albo może bardziej nie są świadomi tego, że ich założenia są sprzeczne z moją osobą. W ich mniemaniu znają mnie od podszewki i nie muszą pytać o nic, bo pewni są, że też niczym bym ich nie zaskoczyła. Powinno mnie to smucić, być może przygnębiać, ale wbrew wszystkiemu mnie to bawi, czasami śmieszy, a jeszcze w większości daje jakieś niewytłumaczalne poczucie bezpieczeństwa. Zazwyczaj nowe osoby, które w mniejszym, czy też większym stopniu chcą kogoś poznać zadają dużo pytań. Z czasem tych pytań jest coraz mniej. Ich ilość może nawet sięgać i zero. A wszak człowiek to nie stała niezmienna. Raz poznana, już niczym nie zaskoczy. Człowiek to zmienna, ruchoma, niewiadoma. Zmienia się, na pewno nie z dnia na dzień, ograniczając się do ludzi ze zdrowiem psychicznym, ale w przeciągu lat, być może miesięcy, zachodzą w nas zmiany wywołane różnymi czynnikami zewnętrznymi jak i wewnętrznymi. Człowiek to zmienna-niewiadoma, a ja lubię poznawać te zmienne:))
Zamążpójście.
Raz mi w życiu wystarczy, aż nadto. Jeżeli jakimś cudem w tym życiu będę postawiona przed ponowną decyzją czy tak, czy nie, zapiszę tutaj sobie ku pamięci, żeby nie skusić się za żadne skarby. Mój wybór męża był słuszny i mogło to się udać tylko z nim. Nie narzekam na niego, podejrzewam, że on bardziej mógłby narzekać na mnie i nie mogłabym obrażać się na jego zarzuty, bo pewno byłyby prawdziwe- znam swoje wady na moje nieszczęście. Wybierając go nie kierowałam się miłością. Już wtedy wiedziałam, iż sama miłość nie wystarczy. Z niewielu decyzji w swoim życiu jestem zadowolona, czy dumna, ale wybór właśnie jego na swojego męża, jest to najlepszy wybór jaki podjęłam w życiu. Patrzyłam na to jakim jest człowiekiem, chciałam przede wszystkim dobrego człowieka. Zaczęłam więc od dobrego człowieka, pokochałam go, wszak człowieka dobrej woli bardzo łatwo pokochać, a potem był ślub. Po kilkunastu latach w tym związku, widząc tyle rozpadów małżeństw tych takich z wielkiej, nieokiełznanej miłości i też z tych mniejszych miłości i tzw. wpadek, widząc te zdrady wszystkie które ujrzały światło dzienne i te które są do tej pory jeszcze nieujawnione, ale np. opisywane w blogach włącznie z poradami pod tytułem „jak zdradzać, żeby nie zostać przyłapanym”, nie mogę oprzeć się myśli, że człowiek nie jest stworzony do monogamii. Dzisiejsze czasy tym bardziej nie sprzyjają monogamii. Zdrada jest na wyciągnięcie ręki, czy też naciśnięcie klawisza. Dążymy do szczęścia, do bezpieczeństwa, w pewnym stopniu do stagnacji- gdy już to osiągamy chwilę trwa cieszenie się tym stanem, później zaczyna coraz bardziej nam „czegoś” brakować. To coś może być różne w zależności od potrzeb człowieka. Bardzo łatwo zachwycać się kimś nowo poznanym, obcym, doceniać tego kogoś za to jaki jest wyjątkowy (w pewnym sensie każdy z nas jest wyjątkowy). Zachwycać się tą samą osobą przez lata, przez dziesiątki lat dzień w dzień mimo problemów, wad swoich i tej drugiej osoby, mimo pokus szepczących do ucha, czy też wodzących oczy na pokuszenie. Nie stracić z oczu tej osoby, którą kochamy, widzieć ją cały czas, doceniać, zachwycać się nią…, to dopiero jest sztuka. Przyznam się, że różnie mi to wychodzi:) Czasami i ja nie oprę się znudzeniu, humorom, rezygnacji…, ale staram się z tym walczyć. Chcę patrzeć na męża i widzieć jakim jest dobrym człowiekiem. Chcę patrzeć i widzieć ile mi daje, ile dla mnie robi. Często to widzę, często też muszę sobie sama przypominać o tym. Tak łatwo człowiek zapomina i wymyka mu się to co ważne, co najważniejsze. Tak łatwo zapatrzeć się na kogoś innego, a od zapatrzenia do kłopotów mały, malusieńki krok. Doceniam to co mam. Czasami mniej, czasami bardziej, ale doceniam. Wybrałam sobie najlepszego męża dla siebie. Drugiego takiego już nie znajdę i mam nadzieję nie znaleźć!
Domatorka.
Jestem z powołania, z krwi i kości, praktykująca codziennie i co noc. Lubię, szalenie lubię! Wręcz uwielbiam, żeby nie pokusić się o słowo kocham. Najchętniej i najlepiej odpoczywam u siebie, w swoich własnych ścianach i na swoim własnym łóżku. Najchętniej z dobrą książką w ręku, która towarzyszy mi w dzień i w nocy, albo z szydełkiem/drutach coś dziergam, albo pruję, albo ostatnia z możliwości szyję. Mam swój świat w swoich własnych ścianach i lubię to co się w tych ścianach dzieje. Nie piszę, że wyjazdy są złe i nie cierpię, nie toleruję. Przydają się i często wyjeżdżamy, najczęściej po najbliższej rodzinie, gdyż nie mamy ich pod ręką i trochę km mamy do nich, toteż weeki mamy zazwyczaj zarezerwowane na wypady do nich. Tutaj przemawiają do mnie słowa „śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. Póki rodzice jedni i drudzy żyją nawiedzamy ich często, żeby Mały Książe też miał w pamięci swoich dziadków (ja do dzisiaj mam wspaniałe wspomnienia, najlepsze wspomnienia moje z dzieciństwa są związane z dziadkiem ze strony mamy). Jednak z zamiłowania jestem domatorką. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej!