Co mnie nie zabije…

…to mnie wzmocni.

…nie zabije, wcale nie musi wzmacniać. Potrafi sponiewierać i zostać na całe życie. (Jacek Walkiewicz)

…niech lepiej zacznie uciekać.

Odkąd pamiętam znałam pierwszą wersję i w dużym stopniu oddawała to co myślę. Ostatnimi czasy na najpopularniejszym portalu społecznościowym, (chyba nadal wiedzie prym) natknęłam się na wersję trzecia i nie ukrywam, że spodobała mi się okrutnie. Do tego jeszcze przeszywające spojrzenie wilka było dołączone, co stanowiło spójny element przesłania. Jednym z symboli wilka zdaje się jest siła- ja z tą symboliką na pewno nie będę się kłócić, mam dużo szacunku do gadziny (słowo bynajmniej nie użyte w pejoratywnym odcieniu…,sentyment do gadziny mam wielki z racji używania go przez moją babcię za życia). Drugą wersję ostatnio poznałam i też nie mogę tutaj kłócić się z jej przesłaniem. Do mojego serca/duszy przemawia najbardziej wersja trzecia…,cóż z tego jednak, bliżej mi bowiem do leniwca, lub miśka koali ze wszystkich zwierząt. Daleko do wilka, a jeszcze dalej do drapieżników. Co nie zmienia jednak faktu, że najmilsza jest mi wersja trzecia, mimo wszystko i przeciwko mojej naturze.

Prokrastynacja

Kolokwialnie zwana chorobą wiecznego studenta, a bardziej prosto: lenistwem. Dawno zaczęłam siebie podejrzewać o lenistwo. W tym samym czasie co i padło podejrzenie o słabą wolę, słomiany zapał itp. Nigdy nie podejrzewałam siebie za to o prokrastynację- nazwa brzmi za bardzo ambitnie i nie adekwatnie do mojej osoby. Moja mocniejsza wola odzywa się sporadycznie, tylko w wyjątkowych momentach mojego życia. Zostawianie wszystkiego na ostatnią chwilę to moja cecha. Powiedzenie: żeby mi się chciało, jak mi się nie chce- wpisuje się codziennie w mój scenariusz. Walczę z tym, planuję, wyznaczam sobie cele, daty…Chciałabym być pod tym względem bardziej podobna do mojego męża. Jest coś do zrobienia>robi. U mnie ten proces jest nieciągły, przerywany odwoływany powtarzany i jeszcze kilka innych kombinacji. Odkładam na jutro. Jutro więc…,jutro więc zrobię to, co planowałam zrobić od poniedziałku:) I tak okłamuję siebie samą, bo mąż za dobrze mnie zna, żeby dać wiarę temu. Jak on ze mną wytrzymuje?:) U nas sprawdza się powiedzenie, że przeciwieństwa się przyciągają. Z drugą taką osobowością jak ja nie wytrzymałabym w życiu…, może tylko od święta.

Dawno, dawno temu…

 żyła sobie dosyć naiwna, ale  jak na tamte czasy można by rzec, dobra dziewoja. Miała plany, nadzieje, marzenia, siły… Miała cały świat u swych stóp, miała w oczach to spojrzenie. Spojrzenie, w którym można było się przejrzeć i  ujrzeć swoje odbicie, niekoniecznie pozytywnie nastrajające. Ciekawa jestem co powiedziałaby o mnie dzisiaj. Co odbiłyby jej oczy, jaki mój wizerunek. Czy zapłakałaby nad moim losem, czy byłoby jej wstyd i odwróciłaby się do mnie plecami, czy może zawiodłabym ją na całej linii. Tamta dziewczyna…. Tamtej dziewczyny, już dawna nie ma jej…i tak szkoda mi jej.

Dziwny świat.

Dziwny świat, dziwni ludzie. Dziwna też i ja. Więcej cierpliwości, zrozumienia, wyrozumienia, poczucia humoru, podziwu, empatii i jakkolwiek by to nie nazwać- mamy dla ludzi dalszych/obcych niż nam bliskich. Płacz mojego dziecka od razu porusza we mnie struny pod tytułem „rozpieszczone dziecię/znowu wymyśla/ale wymyśla/dajcie mi cierpliwość bo jak dostanę siłę to go rozniosę”, podczas gdy słysząc za ścianą rozdzierający płacz córki sąsiadki od razu z marszu odzywa się we mnie mój wewnętrzny głos „co oni robią tej biednej kruszynce/trzeba przytulić dziecinkę” itp. Bardziej liczymy się z innymi, więcej uwagi mamy dla obcych. W sklepie, na spacerze, w pracy. Nawet w słowach bardziej liczymy się z obcymi niż bliskimi.  Bez problemu możemy wyrzygać swoje pretensje i wylać pomyje różnego rodzaju na współmałżonka/współmałżonkę, czy też zwyczajnie wyżyć się za zły dzień- ale już tacy odważni nie jesteśmy np. w pracy. Jakby to właśnie współpracownicy mieli dla nas większą wartość i bardziej liczymy się z ich uczuciami. Czy tylko mi się wydaje, że te proporcje są poprzestawiane do góry nogami, albo też mocno zaburzone? Walczę z takim zachowaniem w samej sobie. Niestety i mi nie jest one obce, ale  przynajmniej zdaję sobie z tego sprawę (nie wiem akurat…jeszcze się nie zdecydowałam czy to, że jestem tego świadoma to dobrze, czy jeszcze gorzej), niestety z marnym skutkiem. Powtarzam sobie w głowie jak mantrę, że usłyszenie po raz setny w ciągu dnia „mamo” to przywilej, radość…żeby nie warczeć jak suka „czego?”, chociaż nie raz, nie dwa i nie dziesięć razy na dzień mam ochotę okrutną właśnie w taki sposób odpowiedzieć. Zagryzam policzki, hamuję, powstrzymuję, koryguję jak i zajdzie potrzeba to i przeproszę. W idealnym świecie to powinno być naturalne, lekkie, samoczynne, oczywiste. Ale to mój świat…mój nędzny padół. Ciężko lekko żyć- na co dzień …i od święta.

Nie dać się zwariować.

Wpadł mi przed oczy dzisiaj jeden z tysiąca, jak nie miliona, blogów. Po tytule można było spodziewać się szczęśliwej, spełnionej mężatki. Tylko, że od czasu stworzenia bloga minęło parę lat i jak się okazało minęło już zauroczenie, spełnienie itp. Jestem ostatnia w ocenianiu, czy też osądzaniu, właścicielki tego bloga, czy jakiegokolwiek innego. Jakieś 5 lat temu przeżywałam podobne chwile co ona. Jeszcze pół roku temu przeżywałam pochodne uczucia. Kolokwialny dołek podszyty niską samooceną i bezsensownością. I mogłabym tkwić nadal w tym nastroju i tym poczuciu…ale dobrze się wziąć w garść (jakbym była mężczyzną nie pozwoliłabym sobie tak łatwo na to zdanie, mogłoby się bowiem dwuznacznie kojarzyć, przynajmniej mi się kojarzy-takie spaczone poczucie humoru). Łatwo powiedzieć, często trudniej zrobić. Ilu ludzi na świecie, tyle recept na szczęście. Dla mnie to wiele czynników. Ale jednym z wielu to zainwestowanie (ostatnio to takie modne słowo) w samą siebie. Zrobienie coś dla siebie, nie tylko dla rodziny i dbanie/widzenie ich potrzeb. Za bardzo byłam skupiona na innych i na dogadzaniu innym, o sobie zapomniałam, pewnie myśląc w swojej naiwności, że bliscy zadbają w równym stopniu i o mnie. Zresztą kto powiedział, że ja tak zaspakajam ich potrzeby wszystkie? Ja? Tutaj potrzeba byłoby zapytać się bliskich i bardzo prawdopodobne, że  odpowiedź by mnie mocno i niekoniecznie przyjemnie zdziwiła. Zazwyczaj wydaje się nam, że co złego to nie my…i że to my się staramy, a inni nas nie doceniają. Wątpię abym była tutaj odosobnionym przypadkiem. Umiesz liczyć, licz na siebie. W wielu sprawach i przypadkach sprawdza się to. I to jest dalekie od egoizmu. Człowiek zadowolony, spełniony, całkiem inaczej widzi świat dookoła i swoich bliskich. Z takim człowiekiem zdecydowanie lepiej się żyję. Zrobiłam więc parę rzeczy dla siebie, mogłabym więcej, ale równie dobrze mogłabym zrobić mniej. Akurat tyle ile zrobiłam wystarczyło mi na zmianę zachowania i stałam się ludzka. Chyba lepiej się ze mną teraz żyje. U mnie się sprawdziło, chociażby z tego względu, że uspokoiło mnie i nie targa, i miota mnie na wszystkie strony.

Dobre czytanie nie jest złe.

Na przełomie miesiąca luty-marzec ogarnęła mnie potrzeba czytania. I to takiego czytania do późnych nieprzyzwoitych godzin nocnych, albo i do nieprzyzwoitych godzin porannych. Od tego czasu nie wiem ile książek wpadło mi w ręce, ale na pewno przebiłam niechlubną średnią statystyczną przeczytanych książek na Polaka w ciągu roku. Książki nie były ambitne niestety. Paranormalne/fantasy/s-ci/erotyk. Niektóre mieściły się zaledwie w 60 stronach, inne sięgały do 900. Niektóre cykle nie były do końca przetłumaczone i z potrzeby własnej musiałam czytać w języku angielskim. Przy okazji przekonałam się, że z moim angielskim nie jest tak tragicznie jak podejrzewałam. I, że można połączyć zgrabnie całkiem miłe z pożytecznym. Teraz po paru miesiącach moja potrzeba trochę została zaspokojona. A, że w miarę jedzenia apetyt rośnie…fajnie byłoby coś przeczytać ambitniejszego. Akurat nastąpią już całkiem niebawem długie wieczory jesienne. Nic tylko miękki kocyk, kubek ciepłego kakao i dobra książka do czytania. Takie chwile lubię ostatnio najbardziej.

numer jeden

Widać moja pamięć do uniwersalnych haseł się zacięła, albo inne cudo. Fakt, że nie wchodziłam przez lata na swojego poprzedniego bloga, nie jest żadnym usprawiedliwieniem. Powinno działać….a nie działa. Taka złośliwość rzeczy martwych. A, o dziwo, poczułam chęć ponownego pisania, więc były blog został spisany na straty (nawet opcja przypominania hasła nie chciała ze mną współpracować, ja co prawda należę do ludzi cierpliwych (przynajmniej mam o sobie takie wyobrażenie), ale z bezduszną maszyną się nie dogadam). No to i jestem….nie będę przynajmniej gadać do ściany, tylko będę pisać w sieci.