Zabawa była przednia…

Co dostarcza rozrywki kobiecie dojrzałej (dojrzała sugerować może tez dojrzałość emocjonalną, ale z moim poczuciem humoru często trudno o tą dojrzałość emocjonalną, więc jedynie odnosić się będzie do mojego wieku, żeby brutalnie nie napisać „kobiecie starej”). Otóż dzisiaj odkryłam, że spotkanie rodziców dzieci szkolnym jest przykładem przedniej zabawy. Matki (bowiem głos zabierały jedynie kobiety, pewien tata siedział tuż za mną, w pewnym momencie i po wygłoszeniu kilku komentarzy pod nosem „o Boże, ja pierniczę” (tutaj wprowadziłam własną cenzurę), straciwszy cierpliwość, wyciągnął telefon i albo przeglądał fb albo inne pasjonujące portale). 125 zł na semestr, czyli na pół roku. Rozumiem rodziny w których bieda piszczy i są wybory miedzy „jeść czy się ubrać”, że jest to kwota spora dla budżetu domowego i o którą można się wykłócać. Nie oceniając innych po wyglądzie, miałam okazję poznać jedną z tych matek na ostatnim przyjęciu urodzinowym jednego z kolegów Małego Księcia. Słyszałam o wakacjach we Francji, we Włoszech, o ogrodzie na działce, o samochodach posiadanych i w planach itp itd. Na biednego nie trafiło, jak to mówią, „koleżanka” pracuje w banku i widać i słychać, że wykształcona na nasze nieszczęście. Nie wiem o co walczyła szczerze pisząc bo jakby miała sama zapłacić za wycieczkę do „zatorlandu” wynająć dmuchańce w dzień dziecka, DJ, zrobić paczkę na gwiazdkę i bal przebierańców i jeszcze inne atrakcje, które dzieci miały z tych składek, to te 125 zł trochę mnie śmieszy. Kto ostatnio robił większe zakupy spożywcze na pewno przyzna mi rację iż z kwotą 125 zł nie zaszalejemy za bardzo. A właśnie przez 125 zł, a raczej przez matki reprezentujące swoje dzieci, spotkanie zamiast trwać pół godziny przeciągnęło się do prawie półtorej, a i tak nic z tego gadania nie wyszło, bo dyrektor powtarzal w kółko, ze on tymi pieniędzmi nie dysponuje i to wszystko Rada Rodziców…, ale jednak nie trafiło za pierwszym razem, ani za drugim, ani za n-tym. Trochę jak z wizytą starszych babeczek u lekarza, przychodziły (przed czasem covida) do lekarza się wyżalić i pogadać, tak i dzisiaj matki przyszły wylać swoje żale chociaż to nie było miejsce, ani czas na to. Myślałam, że to może kwestia wieku, ale jednak nie omija to ludzi młodych (przynajmniej młodszych ode mnie, czyli prawie wszystkich;))), ani wykształconych, czyli teoretycznie mądrych. Teraz zaczynam podejrzewać, ze może to nasza przypadłość, w sensie kobiet? Może mamy takie tendencje do maglowania po raz n-ty jednego tematu, chociaż nic to nowego nie wniesie, nie zmieni, byleby się tylko wygadać i być wysłuchanym. I mamy też dziwną tendencję do oszczędzania, czy też bycia skąpym w jednych przypadkach, aż za bardzo, w innych aż niedostatecznie. Zabawa z matkami dzieci szkolnych jest przednia.

Reklama

„Po co Ci to?”

Nawet nie nazwałabym tego zdaniem, może pół zdania, ćwierć zdania, a tak potrafi człowieka zaskoczyć, zaskoczyć niezbyt pozytywnie. Wiele razy zdarzało mi się czytać spostrzeżenia, czy też marudzenia innych, jak to Polacy np bardzo nie lubią wyróżniających się ludzi, tych którzy są wyjątkowi w czymś, błyszczą swoją pasją i hobby, zamiast pogłębiać dołek w kanapie z piwem w ręku na przykład. Wielu z nas ma swoje schematy, granice, wzorce, po których przekroczeniu czujemy dyskomfort. Często z takich sytuacji, czy też ludzi, śmiejemy się, traktujemy protekcjonalnie, czy też najzwyczajniej mówimy o nich „głupki”;)). Ze mnie też się śmieją, z moich pomysłów i sposobów na życie. Ale jakoś nawet mi to nie przeszkadza, mimo że to osoby z najbliższej rodziny. I oczywiście w wielu przypadkach jest to odwzajemnione, żeby nie było, że ja taki Anioł bez skazy;). I bardzo też możliwe, że w przeszłości myslałam całkiem inaczej, ale teraz jak widzę, czy też słysze, że ktoś robi cos wyjątkowego, to podziwiam i w dużej mierze się inspiruję. I chociaż przemawia do mnie pragmatyzm i praktyka nad teorią ma u mnie przewagę, nie podejrzewałam, iż to że przypominam sobie język francuski bedzie takim problemem dla niektórych. Nie rozumiem za bardzo czemu to innym przeszkadza i kole w oko. Sprawia mi to frajdę i lubię, to powinno wystarczyć. Ciekawe kiedy nadejdą czasy, w których będziemy musieli się tłumaczyć ze swoich myśli, marzeń czy fantazji…, chociaż może już w nich żyjemy, jak tak się przez chwilę nad tym zastanowię, przynajmniej nad tymi wypowiedzianymi na głos.

Konsekwentna.

Na horyzoncie tygodnia, widać już naszą rocznicę ślubu. Co prawda nie jest okrągła, czyli jednocześnie w domyśle nie jest wyjątkowa. Ostatnio życie daje mi nieustanne jednak dowody na to, że w dzisiejszych czasach staż ponad 5 lat bycia/życia razem, zaczyna być postrzegane jako coś wyjątkowego, a nie jako reguła, jak jeszcze naście lat temu, więc zaczęłam i ja doceniać to jeszcze bardziej. Kiedy spytałam się Pięknego jak ze mną wytrzymał tyle, usłyszałam że potrzeba do tego wiele…wiele…wiele…wiele cierpliwości. I ja to szanuję i ja się z tym zgadzam;). Jednym z dobrych przykładów jest bycie konsekwentną przeze mnie;). Miałam uczyć się angielskiego, to też uczę się języka…francuskiego;)) (miałam przez 4 lata w szkole średniej i mam do tego języka pewien sentyment). I muszę przyznać, że z dzisiejszymi możliwościami, aplikacjami (korzystam z Duolingo) i dostępem do materiałów, to jest niebo i ziemia z nauką tego języka teraz, a nauką kiedy byłam nastolatką. Podoba mi się okrutnie. Kusi mnie nawet żeby i powrócić do rosyjskiego (to jeszcze za czasów szkoły podstawowej, ale tutaj musiałabym od podstaw zaczynać, bo lekcje w owych czasach i owej szkole polegały na tym, że pani puszczała nam piosenki laToya Jackson). I to jest konsekwencja w moim wykonaniu. W naszej rodzinie cierpliwość musi być na pierwszym miejscu;)

Dobre słowo.

Bardzo miła sytuacja ostatnio mi się przydarzyła. Będąc jeszcze na wakacjach z bratową i dziećmi wybrałyśmy się najpierw do zoo, a później do parku trampolin. Przez godzinę dzieci miały wyżywać się nie na nas, tylko tracić energię na trampolinach. Korzystając z tego czasu chciałam wyjść i poszukać apteki w okolicy. Wyszłam więc z sali do przedsionka, gdy zatrzymały mnie wyraźnie skierowane do mnie słowa: „część Ania”. Podniosłam wzrok i napotkałam cudne niebieskie oczęta, ale twarz nie mówiła mi za wiele. Już miałam mówić, że to pomyłka i nie znam Pana…, kiedy w czeluściach mojego umysłu zaskoczyło i dopasowałam oczy do zmienionej twarzy i głosu. Minęło jakieś…25 lat jak ostatnio się widzieliśmy. Kolega z czasów podstawówki. Zmienił się okrutnie (na korzyść), także na pewno ja bym go nie poznała. Zdumiało mnie więc tym bardziej to, że mnie poznał w jednym momencie jak weszłam, szczególnie że nie byliśmy nawet w naszej rodzinnej miejscowości, tylko setki km od niej. Wtedy usłyszałam „dobrych ludzi się pamięta”. Czy muszę pisać, że zrobiło mi się okrutnie miło? Frazes, coś rzucone jako komplement, dobre słowo…, a przyjemność wielka. Dawno już mnie nikt tak nie zaskoczył takim dobrym słowem;). Jeszcze jak usłyszałam, że nic się nie zmieniłam (miałam wtedy jakies 14-16 lat), to też postanowiłam wziąć to jako komplement i że chodzi tylko o wygląd zewnętrzny, a jednak emocjonalnie i umysłowo zmieniłam się bardzo;). Dobre słowo ma MOC;). Nie żałujmy sobie dobrego słowa, to prawdziwa przyjemność usłyszeć coś miłego!;)

Sierpień.

Ku pamięci: nie zostawiać niczego w lodówce, gdy w planach mam wyprawy i włóczenie się po rodzinie przez ponad miesiąc. Ciężko pozbyć się tego zapachu z lodówki. Jeszcze ciężej pozbyć się zapachu pleśni z piekarnika, gdy ktoś nadgorliwy schowa Ci zbierane owoce dzikiej róży, które jeszcze nie zdążyły się ususzyć.

Banicja dobiegła końca i w końcu mogę cieszyć się swoimi własnymi kątami. Fajne są takie wypady, jeszcze fajniejsze dla Małego Księcia atrakcje i nowe miejsca. Trudno pisać o odpoczynku gdy pot leje się po plecach i mięśnie stękają z wysiłku. Zgodzę się też z tym, że trudno mówić o odpoczynku czy urlopie, gdy spędzasz go z dziećmi;). Ale mimo fizycznego zmęczenia, jakoś lepiej z psychiką i stanem ducha. Trzeba łapać te chwilę i zapisywać je w telefonach, będzie co wspominać w czasach kiedy Mlody Ksiaże będzie już za stary na wypady i wakacje ze swoją mamą. Wtedy zatęsknię jeszcze za tym, co teraz mam w nadwyżce na co dzień;))

Jestem teraz na etapie prania, prasowania i jeszcze raz prania. Pogoda nie chce ze mną jednak współpracować w tym temacie.

Lista.

Wakacje to też i urodziny w naszej rodzinie. Właśnie zbieram się za pieczenie torta, bo jutro impreza. Nie muszę chyba pisać, że ociągam się jak tylko mogę, ale taką mam niezdrową przypadłość, że lubię zostawiać wszystko na ostatnią chwilę. Co tam skoki na linie i inne atrakcje, nie ma to jak adrenalina krążącą w organizmie, kiedy za 5 minut goście będą u drzwi, a Ty wstawiasz dopiero ziemniaki;)). Natura na przekór moim staraniom chlapie deszczem na świeżo umyte okna, trzeci raz w tym tygodniu już nie będę ich myć, bo sąsiedzi zaczną podejrzliwie się na mnie patrzeć, a prognozy wskazują, że i jutro będzie padać. Lubię burze. Szczególnie kiedy jestem zamknięta w domu, rolety opuszczone, a ja pod kocykiem/kołdrą czy innym pledem z zamkniętymi oczami ignoruje trzaski i błyski. W takich okolicznościach najlepiej też ogląda się filmy. Szkoda tylko moich kwiatków potarganych przez wichurę i pomidorów. No i jeszcze taras cały w śmieciach. Moja lista zadań na dzisiaj się wydłużyła. Jak zabraknie mi dnia na odhaczenie wszystkich punktów z listy, to zawsze zostanie mi trochę nocy;))

Wakacje 2021.

Z marszu jak tylko się zaczęły, tak wyjechaliśmy i my zacząć nasze „wypoczywanie”. I o dziwo wypoczęliśmy;)). Pochodziliśmy po górach, co prawda niskich i nie za dużych odcinkach (dzięki Ci Panie za Małego Księcia i ograniczenia w jego możliwościach, gorzej bedzie kiedy role się odwrócą i on będzie chciał iść dalej, wyżej, szybciej itp, a to ja będę biadolić i jęczeć, że już nie mogę i nie chcę, za to chcę do domu);)). Ponad tydzień spędziliśmy u wujka w przepięknych okolicznościach przyrody. Telefon służył mi tylko do robienia zdjęć i nawet nie chciało się przeglądać stron internetowych, czy innych portali społecznościowych, kiedy można było przeglądać na żywo widoki zapierające dech w piersi;)). Miejscówka nie była 4 gwiazdkowa, nawet nie była 3 gwiazdkowa, ani 2;)), ale wystarczył nam dach nad głową, miejsce do spania, a dla Małego Księcia mycie sie w misce było kolejną atrakcją w te wakacje.;)). Dni spędzone aktywnie i intensywnie. Książe zachwycony i powiedział, że woli bardziej takie wakacje niz wypad na Chorwację. A ja się z nim zgadzam (o dziwo). Za stara już widocznie jestem na leżenie plackiem na plaży, chociaż i to ma swoje dobre strony;)). Teraz tydzień przerwy w domu, a potem wakacje ciąg dalszy i szukanie atrakcji dla dziatwy w ilości 2-6;))

Angielski.

Ponoć nic nie dzieje się bez przyczyny. Niektórzy wierzą w przeznaczenie, inni w ślepy los. Sama już nie wiem co o tym myśleć, ale jednego jestem pewna, że przeznaczenie postawiło na mojej drodze pewną osobę. To było mi pisane. Przeznaczone przede wszystkim po to, aby wziąć się w garby i poprawić mój angielski. Wydawało mi się, że jest dobry, taki jak naście lat temu. Tak…, miałam rację, wydawało mi się;)). „Amerykański żołnierz” uzmysłowił mi, że daleko mu do bardzo dobrego stopnia;)). Dwa razy muszę zastanawiać się nad pisownią. That nieustannie myli mi się z what (nie mam pojęcia dlaczego, jak czytam to co napisałam to, aż za głowę się chwytam czasami). A wszystko to za sprawą „amerykańskiego żołnierza”. Strzeżcie się i unikajcie „amerykańskich żolnierzy”, bo jeszcze zmobilizują Was do nauki, jak w moim przypadku;))). Jako dodatkowy bonus moge dodać jeszcze, że jeden dzień wstarczył, abym rozkochała go do granic możliwości i odnalazł we mnie swoją bratnią duszę. Taki ze mnie wamp i tak nie można mi się oprzeć w moim wieku;). Trochę zepsuł się z piękną gadką gdy po dwóch dniach poprosił mnie o zakupienie karty, po 4 wspominał, że planuje otworzyć jakiś biznes w Polsce i czy mu pomogę, bo przecież przed nami taka świetlana przyszłość i będziemy w stronę zachodzącego słońca iść ramię w ramię.;)). Nikt jednak nie jest idealny, nawet, a może w szczególności mój angielski, wiec nie stawiajmy wysoko poprzeczki „amerykańskiemu żołnierzowi „;)

Matka.

Największe osiągnięcie moje życiowe, to to że dane jest mi być matką. Mogłabym być lepszą matką, trochę tutaj jestem sobą rozczarowana, ale chyba najgorszą też nie jestem. Ostatnio przy okazji wizyty moich rodziców zauważyłam jakie mamy inne podejście do tematu rodzice-dzieci. Powiedziałam, że może Młody Książe będzie musiał wyjechać zagranice w poszukiwaniu lepszych warunków życia (przy narzekaniu na kraj w jakim przyszło nam żyć). Moja mama zaskoczona wielce rzekła wtedy: ” i zostanie tak sami??!!”. No owszem zostaniemy, nie patrzę na swoje potrzeby i na to żeby kto miał się mną zaopiekować na starość, jak to jest wymagane ode mnie samej. Być może myślenie mi się zmieni im bliżej będzie mojego końca, ale nie wychowuję syna po to, abym nie była sama, raczej od początku podchodziłam do tego tak, iż wychowuje go dla kogoś innego. Chcę dla niego jak najlepiej. Mierzi mnie niejeden komentarz mamy, jak nie dzwonię za czesto do niej, w stylu: jakbyśmy pomarli nawet bys nie wiedziała itp. Pierwszy raz usłyszałam od niej, że mnie kocha jak byłam już mężatką i powiedziała mi coś wcześniej tak okrutnego i niewyobrażalnego, że nikt dotąd nie wyprowadził mnie tak wcześniej z równowagi, a to było na „przepraszam”. Nigdy nie miałam jakiś super ekstra więzi z własną mamą, ale niewątpliwie jest moją mamą i mamie trzeba oddać to co się należy;)

Matka…najbardziej niedoceniany „zawód”.

I jak do każdego z dni pod tytułem: dzień kobiet, dzień zakochanych, urodziny, święta, Sylwester itp, itd, w ogóle nie przywiązuje do tego wagi ze to dzisiaj dzień matki. Takie dni są codziennie i to, że dzisiaj akurat dostanę laurkę od syna, czy dostałabym ją kiedy indziej, nie robi mi różnicy. Za dużo wagi przywiązujemy do tego co nieistotne i skupiamy uwagę nie tam gdzie być powinna.

Nie moja bajka;)

Życie towarzyskie Małego Księcia zaczyna być bardziej rozwinięte od mojego, ale też i na tym ja korzystam;). Ostatnio przy okazji urodzin jednego z kolegów ze szkoły miałam przyjemność spotkać się z czwórką rodziców innych dzieci i podczas zorganizowanego czasu dla małolatów, my przy kawie/herbacie i pączkach poznawaliśmy się na ile starczyło czasu i tematów. I przyznam się, że kobiety są wspaniałe!! Zawirowane, gadatliwe, roztrzepane, wielowątkowe i mogłabym gadać, może bardziej słuchać ich godzinami;). To spotkanie uświadomiło mi, jak bardzo mało w moim życiu jest kobiet, oprócz rodziny i starych dobrych znajomych od przedszkola. Wolę, a może wolałam, bardziej towarzystwo męskie i jakoś z nimi lepiej znajduję język. Szczerze, to czasami nawet nie wiedziałam o czym te przewspaniałe kobietki mówią, jak np zgadały się o jakiś jedwabnych chustach, która każda jedna ma jakiś tytuł/imię/przesłanie itp. Dla mnie chusta to chusta, może mi się co najwyżej podobać, albo podobać mniej. Dla nich zaś to coś więcej. Co nie zmienia faktu, że byłam nimi zachwycona;)). Tak było im z tym dobrze, tak kobieco. Bardzo przyjemnie spędzony to był czas, chociaż to nie moja bajka, ale nie zmienia faktu, że czułam się z nimi wyjątkowo dobrze;)

Kobiety to przewspaniałe istoty. Niektóre bardziej, inne mniej;)). Ale przewspaniałe;)))